Portal podróży

Chiny

Kiedy wysiadłem z samolotu ogarnęło mnie zdumienie na widok współczesnej architektury wśród których stoją 40-piętrowe bloki mieszkalne ustawione przy ulicach jak niebywałej wysokości topole a obok nich na małych zielonych skwerkach mieszkańcy uprawiają specyficzną gimnastykę.
   Pekin - stolica tego kraju, której nazwę nadał cesarz Jung-lo z dynastii Ming po przeniesieniu jej z Nankinu do miasta Beijing czyli Północna Stolica. Już wcześniej była ważnym ośrodkiem przemysłowym. Ulice współczesnego Pekinu ma ją po 4-pasy ruchu dla samochodów w jedna stronę i 3-pasy dla rowerzystów. To następny zdumiewający widok, kiedy tych 16-mln ludzi jedzie do pracy zwłaszcza że chińczycy preferują bardziej mobilne od samochodów - rowery i często doczepiają do nich malutkie przyczepki na zakupy, natomiast w czasie deszczu wkładają specjalne peleryny przykrywające szczelnie jak namiot. Często też umieszczają parasol od słońca. To wszystko tworzy kolorowy i bardzo malowniczy obraz pekińskiej stolicy. Punktem centralnym Pekinu jest Tian’anmen - Plac Niebiańskiego Spokoju. Jego nazwa niestety nie pasuje do wydarzeń z 1989 roku gdzie miała miejsce masakra, podczas której zostało zabitych około 1000-osób. Przy tym Placu, którego obszar wynosi 40-ha znajduje się Mauzoleum Maozedonga gdzie na pierwszym poziomie w sali żałobnej na czarnym katafalku w kryształowej trumnie wystawione są na widok publiczny zwłoki Przewodniczącego. W sali południowej zobaczyć można statuę Przewodniczącego na tle gobelinu z panoramą Chin i społeczeństwem Państwa Środka. Przed mauzoleum wznosi się Pomnik Bohaterów Ludowych, konstrukcja wykonana z bloków granitowych wysoka na 38 metrów. Dolna część tego monumentu ozdobiona jest 10 płaskorzeźbami przedstawiającymi najważniejsze wydarzenia z nowożytnej historii Chin. Na północ od placu, za bramą Tian’an men rozciąga się dawna dzielnica cesarska a w niej Purpurowe Zakazane Miasto z Pałacem Cesarskim, czyli Zimowa Rezydencja Cesarzy dynastii Ming i Qing. Istniejący dziś zespół składa się z ponad 800 budowli. Na terenie Pałacu Zewnętrznego odbywały się oficjalne przyjęcia, przyjmowane były misje z innych krajów, przedstawiano laureatów egzaminów na urzędników cesarskich oraz oznajmiano dekrety władcy. W tej części kompleksu pałacowego w najokazalszym pawilonie Teihadian o powierzchni 2,3 tys. m2 i wysokości 35 m znajduje się tron cesarski zdobiony płaskorzeźbami fantastycznych smoków. Przez ponad 500 lat mieścił się tu główny ośrodek władzy w Chinach. Jest to cesarski kompleks pałacowy ze złotymi świątyniami, ogrodami, jeziorkami i bramami.


Posiada 10-tysięcy pokoi zajmowanych przez rodzinę cesarza, konkubiny, całą armie eunuchów i służących. Całość otoczona jest murem o wysokości 10 metrów i głęboką fosą a na każdym rogu ustawione są wieże strażnicze. Bram Pałacu Cesarskiego strzegą figury złotych lwów. Chińscy władcy wiedzieli jak korzystać z życia, bowiem ich wspaniałe pałace ogrodzone były od świata potężnymi murami, które strzegły swoich właścicieli. Tutaj wśród idyllicznych ogrodów - pełnych sztucznych jezior, kanałów i wodospadów – spędzali upojnie czas w towarzystwie swoich licznych konkubin. Dopiero od 1925 roku ogromny Park Beihai otaczający Pałac Letni mogą zwiedzać zwyczajni śmiertelnicy Cały kompleks zajmuje powierzchnie 72-ha. Sale w Pałacu mają swoje nazwy, które są piękne i poetyckie jak Cesarska Sala TronowaSala Dostojnej Harmonii oraz wiele innych jak np. Sala Ziemiańskiego Spokoju. Budowla o charakterystycznych dachach pokrytych turkusowymi płytkami ceramicznymi, bogate dekoracje, lampiony i 4-ry wewnętrzne ogrody. Marmurowe mostki nad Kanałem Żółtej Wody, kolejne bramy i budynki pałacowe prowadzą do prawdziwego dzieła sztuki jakim jest Pałac Najwyższej Harmonii czyli Yiheyuan. Jest to największy w Chinach drewniany budynek tego rodzaju; ma wysokość 35 metrów i wspiera się na 24-kolumnach. Wszystko to tworzy jeden z najwspanialszych zespołów pałacowych świata. Z wyjątkiem świątyń nie było wolno w Pekinie wznosić wyższych budowli od niego. Zakazane Miasto zostało wybudowane według starych zasad, tak aby zapewnić Cesarzowi powodzenie jak i szczęście. Świątynia Nieba Syn Nieba - czczony jako bóstwo, zasiadał na tronie skierowanym na południe, zaś sztuczne wzgórze umieszczone na północy ochraniało go od złych duchów, natomiast otwarcie na południe zapewniało dostęp dobrej energii słońca. Świątynia Nieba - jej kształt odzwierciedla tradycyjną wiarę chińczyków; że Niebo jest okrągłe a Ziemia kwadratowa. Jest to najważniejszy i największy obiekt sakralny w Chinach. Kompleks budynków sakralnych robi wrażenie monumentalności, wielkimi przestrzeniami od siebie oddalonych świątyń: Świątynia Modłów o Dobry Urodzaj, Ołtarz Niebios i Pawilon Firmamentu, który stanowi jedną z największych osobliwości ponieważ jest otoczony kolistym murem tak skonstruowanym że stanowi Świątynię Echa. Każde słowo nawet najciszej wypowiedziane w stronę muru słyszalne jest przez kogoś kto stoi w dowolnym miejscu przy ścianie chociażby po przekątnej koła i nie widzi osoby mówiącej. Trzeba jedynie przybliżyć ucho do muru by usłyszeć. W Pawilonie Firmamentu przechowywano tabliczkę Ducha Najwyższego Władcy Wszechświata. Na planie obok Świątyni Nieba zbudowany jest Murowany Statek. Mierzy on 37 m długości, jest wykonaną z marmuru kopią parowca. Wykonany on został na polecenie cesarzowej Dowager Cixi w roku 1888 ze środków pierwotnie prze znaczonych na odbudowę floty wojennej. Dowager Cixi Cesarzowa miała w zwyczaju spożywać na pokładzie posiłki i wydawać przyjęcia. Dla poniesienia swojej rangi cesarz miał również swój Pałac Letni gdzie z jednej strony roztacza się Dolina Długowieczności zaś po drugiej stronie jezioro Kumming zwane Morzem Północnym. Leżący wokół nich park Beihai do dziś jest jednym z bardziej uroczych miejsc w stolicy i popularnym miejscem wypoczynku. Szczególnie zauroczyło mnie Pięć Smoczych Altan, czyli Wulongting oraz Ekran Dziewięciu Smoków, czyli Jiulongbi. Są tam również liczne pawilony, pałacyki, galerie, teatry, pagody, ogrody, mosty a wśród nich jeden o 17-łukach. Ciekawa konstrukcja przy długości 150 metrów, który prowadzi do Południowego Jeziora, a także Most Nefrytowego Pasa (zwany również Mostem Wielbłądziego Grzbietu) na środkowo-zachodniej części jeziora. Wędrówka po parku Letniego Pałacu to jak podróż w czasie przez różne nastroje i klimaty.




Są tam miejsca, które odwiedza się wyłącznie rankiem lub wieczorem odsłaniając swój urok również w czasie deszczu lub gdy świeci słońce. W parku znajdował się także Pawilon Dziecięcy Tysięcy Buddów. Na szczycie wzgórza Długowieczności znajduje się Pagoda Buddyjskiej Cnoty, Pawilon Rozproszonych Chmur, jedna z niewielu zniszczonych budowli w czasie pogromu francusko-brytyjskiego oraz Świątynia Morza Mądrości.
Z tego miejsca przy pięknej pogodzie i bezchmurnym niebie rozpościera się piękny widok na panoramę Pekinu. Na północnym brzegu jeziora Kunming ciągnie się długi na ponad 728 metrów Długi Korytarz – zadaszona konstrukcja korytarza ozdobionego przepięknymi malowidłami przedstawiającymi sceny z mitologii chińskiej. Jest to jeden z najwspanialszych przykładów chińskiej architektury ogrodowo - parkowej. Cały kompleks zajmuje 290 ha. Wznosi się w nim m.in. pawilon Rozproszonych Chmur, pawilon Życzliwości i Długowieczności, Świątynia Morza Mądrości oraz pagody: Porcelanowa i Wiecznego Szczęścia. Pekin to także miasto świątyń. Najokazalsza jest cesarska Świątynia Nieba czyli Tianatan. Wzniesiono ją na początku panowania dynastii Ming, czyli w XV wieku. Olbrzymia drewniana budowla została wniesiona bez użycia gwoździ, zwieńczony trójpoziomowym dachem pokrytym glazurowanymi ciemnogranatowymi dachówkami. Jest ona jedną z czterech świątyń wzniesionych w obrębie Miasta Zewnętrznego, a pozostałe jej trzy odpowiedniki związane z kultem cesarskim to Ołtarz Ziemi, Ołtarz Księżyca i Słońca. Główną świątynią konfucjanizmu w stolicy jest Kongmiao, czyli Świątynia Konfucjusza, w 1949 zamieniona na Muzeum Stołeczne. W pawilonie pierwszego dziedzińca mieści się 198 kamiennych tablic z nazwiskami uczniów, którzy pomyślnie zdali egzaminy cesarskie za czasów panowania dynastii Ming i Qing. Od wyników egzaminów uzależniony był dalszy los kariery urzędników. W dalszych pawilonach na kamiennych stelach zostały uwiecznione opisy najważniejszych wydarzeń z czasów dynastii Qing. W mieszczącym się niedaleko Cesarskim Kolegium kształcili się urzędnicy administracji państwowej. Tam również co roku odbywał się wykład nauk Konfucjusza przed klęczącymi studentami, profesorami i urzędnikami. Gmach Kolegium wzniesiony został przez wnuka Kubilaja w roku 1306. Niedaleko Świątyni Konfucjusza wznosi się Yonghe Gong - Klasztor Pałacu Harmonii i Spokoju. Budowla ta wzniesiona w roku 1694 jest największym klasztorem lamajskim poza Tybetem. Nazwa świątyni pochodzi od nazwiska trzeciego cesarza z dynastii Qing, Yong Zhenga, w którym rezydował on do chwili objęcia przez niego władzy. Popularnie nazywana jest ona również Świątynią Lamy. W głównym Pawilonie Nieskończonego Szczęścia znajduje się wielki posąg Buddy o wysokości 26 metrów. Wykonany jest on z jednego pnia drzewa sandałowego. Z kolei w Pawilonie Falundian - Pawilonie Koła Praw - mieści się posąg Tsong-kapy, założyciela szkoły żółtych czapek, wielkiego reformatora religii lamajskiej. W klasztorze podziwiać można dużą kolekcję sztuki lamajskiej, z wyjątkowo pięknym zbiorem ikon - tanek. Świątynia taoistyczna Dongyue Si z czasów dynastii Yuan znajduje się w centrum dzielnicy Chaoyang. Wokół dużego dziedzińca stoją pawilony poświęcone poszczególnym aspektom życia człowieka. W pawilonach znajdują się posągi poszczególnych bóstw opiekuńczych, niektóre o bardzo fantazyjnym, "nieziemskim" wyglądzie w groźnych pozach z niebezpiecznym uzbrojeniem. Z kolei najważniejszą w mieście świątynią lamaistyczną jest Yonghegong, mieszcząca się w dawnym pałacu cesarskim z XVII wieku. Aby realnie móc zwiedzić Zakazane Miasto trzeba wstać na tyle wcześnie, aby być pierwszym przy kasach biletowych, gdy są otwierane. W innym wypadku wejście nie ma sensu. W pobliżu Letniego Pałacu Cesarskiego wznosi się Park Pachnących Wzgórz. Na terenie parku mieści się Świątynia Lazurowych Obłoków wybudowana w XIV wieku w stylu hinduskim. Na szczególną uwagę zasługuje Pagoda Diamentowego Tronu otoczona stupami - relikwiarzami oraz Sala Arhatów (Bodhisatwów), gdzie zobaczyć można 500 figur wielkości człowieka poszczególnych uczniów Buddy. Część świątyni przeznaczono na mauzoleum Sun Yat-sena, chińskiego działacza, który zapoczątkował w roku 1911 rewolucję burżuazyjno-demokratyczną, co w konsekwencji spowodowało upadek cesarstwa i powstania Republiki Chin. W mauzoleum trumna ze zwłokami przechowywana była kilka lat, a następnie została złożona w mauzoleum Sun Yat-sena w Nankinie.


Zwiedzanie starych dziel nic Pekinu - Hutongu Xiaolaba, położone za Przednią Bramą Qian Men, która przed zburzeniem murów miejskich strzegła miasto wewnętrzne. Była też świadkiem wydarzeń na Placu Tiananmen. Do dziś zachowała atmosferę dawnych Chin, to przede wszystkim obraz ukazujący tradycyjne kształty przygarbionych dom ków z cegły i gliny, krytych ceramiczną dachówką stanowiącą pozostałość po minionej epoce. Panuje tam nędza a w tych maleńkich dom kach mieszka jednocześnie kilka pokoleń. Dzielnice te położone na obrzeżach miasta nie są ani zelektryfikowane ani skanalizowane a o łazienkach to nie ma mowy, zaś funkcje toalet spełniają duże wykopane obok siebie dziury, brak jakichkolwiek ścianek czy przebieralni, za to odór jest niebywały. Wąskie uliczki - tunele maja nie raz tylko 60 - 70 cm szerokości, fronty pozbawione są okien zaś bramy bardzo wąskie. Kiedy zwiedzałem gmach słynnej Opery to stwierdziłem że jest ona dla europejczyka bardzo obca w samej budowli jak i w spektaklach, nie mniej jednak jest bardzo fascynująca swoją fabułą, tańcami, wyczynami akrobatycznymi jej bohaterów nie wspominając już o samych kostiumach, maskach, makijażach, pieśni- ach. Opera chińska łączy w sobie elementy śpiewu, gry teatralnej, dialogi, pantomimy i akrobacji. Niestety transport w stolicy Chin jest fatalny, a dogadać się z Chińczykami jest bardzo ciężko. Przejazd metrem i autobusem zajmuje kilka godzin! W Pekinie jest mnóstwo miejsc, które warto zobaczyć. [Rozmiar: 33320 bajtów] Najważniejszym miejscem raczej z sentymentu do minionej epoki jest Forbiden City, które każdy odwiedzający Pekin musi zobaczyć. Położone w centrum miasta przy słynnym placu Niebiańskiego Spokoju Zakazane Miasto jest jedną z największych atrakcji turystycznych stolicy. Na murze okalającym od strony placu wisi portret wodza rewolucji przy którym każdy Chińczyk musi sobie zrobić zdjęcie. Będąc w tym mieście nie mogłem sobie jeszcze odmówić jednej wizyty: Mauzoleum Mao. Po otwarciu, kolejka przesuwała się dość sprawnie i już po ok. 20 minutach zobaczyłem coś co mnie bardzo zdziwiło. Przed samym wejściem do budynku jest budka, w której po 2Y sprzedawane są kwiaty, które Chińczycy składają przed pomnikiem Przewodniczącego już w samym budynku. Powiedzmy, że to można jeszcze zaakceptować. Natomiast zaraz po tym jak przejdzie się pomieszczenie, w którym leży nieboszczyk, znajduje się coś w rodzaju sklepu z najróżniejszymi rzeczami związanymi z Mao i co najważniejsze jest on jeszcze w samym Mauzoleum! Przesuwając się w kolejce do mauzoleum zauważyłem pewną prawidłowość, a mianowicie im bliżej byłem wejścia Chińczycy stawali się coraz bardziej poważni i jakby dumni z siebie i z tego, że żyją w kraju, którym kiedyś rządził Mao. Ale czy wszyscy? Tak naprawdę to wrażeń jest naprawdę mnóstwo, szczególnie jak się codziennie chodzi (a nie jeździ) po mieście, chłonie się atmosferę miasta, zauważa wiele ciekawych rzeczy, które na zawsze zostają w naszej pamięci: spojrzenie starszego Chińczyka na mnie w metrze, próba porozumienia się w restauracji, zaproszenia Chińczyków do robienia sobie wspólnych zdjęć, dzieci z wyciętymi w kroku majtkami, stojący pan na skrzyżowaniu z chorągiewką pilnujący rowerzystów, żeby nie wyjechali za linię, młoda Chinka z supermarketu władająca biegle angielskim, tłum Chińczyków w McDonald's, gimnastyka Tai- chi na ulicy, zbłądzenie w uliczkach z niską zabudową (tzw. hutongi), targ sprzedaży ptaków, kotów, królików na ulicy i wiele innych, które trudno jest nawet wymienić. Pod względem ilości restauracji serwujących dania z niemal całego świata, w tym rosyjskie, francuskie, włoskie, mongolskie, arabskie i tajskie, Pekin rzeczywiście zasługuje na miano światowej metropolii. W jednej z restauracji nieopodal stacji metra Yong An Li, pośród targu warzywnego, spotykamy menu po angielsku, rosyjsku i ... po polsku. Jeszcze większe zdumienie wywołał w mnie fakt, że w czasie zamawiania potraw nie muszę silić się na język chińsko - migowy, gdyż jedna z kelnerek (notabene Chinka) dobrze rozumie naszą mowę ojczystą. Wokół, obok Rosjan, Włochów, widzę również Polaków głośno dyskutujących o skomplikowanej sytuacji międzynarodowej. Okazuje się, że do tej niepozornej knajpki mieszczącej się w promieniu kilometra od polskiej ambasady przychodzi połowa naszej placówki. Czuję się jak w domu.



W barze jest nawet żubrówka, lecz mnie bardziej interesuje słynna chińska "wężówka" - w ogromnych słojach w wysokoprocentowym trunku wytrzeszczają na nas oczy jadowitych gadów. To jednak - podobnie jak i "skorpionówka" - bardzo drogi napitek i w Chinach podaje się go jedynie w ekskluzywnych restauracjach. Pod względem ilości restauracji serwujących dania z niemal całego świata, w tym rosyjskie, francuskie, włoskie, mongolskie, arabskie i tajskie, Pekin rzeczywiście zasługuje na miano światowej metropolii.

Wangfujing

Wieczorny spacer po Wangfujing to ulica gdzie króluje tu chiński Fast Food, w którego menu można znaleźć apetycznie wyglądające skorpiony, koniki polne i larwy jedwabników, precyzyjnie nadziane na patyki, przygotowane do szybkiego smażenia.Obok coś dla miłośników większych przekąsek - widzimy oskubane z piórek małe wróbelki czekające na swoją kolej do garnka z wrzącym olejem. Dla konserwatystów - żabie udka i raki. A na deser – coś słodkiego, czyli owoce na patyku w karmelu - dla mnie to jedyna rzecz, która nadaje się tu do jedzenia. Z owocami, których nie udaje mi się zidentyfikować (coś pomiędzy truskawką i rajskim jabłkiem) uciekam jak najdalej od kramów z robactwem - nieznośny smród smażonych larw nie sprzyja delektowaniu się słodkościami. Obok mnie przechodzi chiński młodzieniec, który smażone wróbelki konsumuje w całości. Wysmażone dzioby i łapki są zapewne niezwykle chrupiące. W Pekinie można się całkiem nieźle zabawić bowiem od północy zapraszają liczne Erotic Show m.in. Nasa Disco, Hot Spot, Loft, Cool Disco. Nie sposób ominąć pewne szczególne zjawisko polegające na tym, że na bezpośrednich tyłach szklanych molochów w ciasnych uliczkach powitały mnie „klasyczne” Chiny swymi straganami, praniem na sznurkach, swoim ulicznym życiem. Tu niemal wszystko dzieje się na zewnątrz. Mieszkania wychodzą na ulice stołami, łóżkami, zegarami zaś ogródki wchodzą na dachy, kolorując szarzyznę ścian domków z niepowtarzalnym urokiem. To jest właśnie swoisty urok wielkiej chińskiej aglomeracji.
Pekin to ogromne miasto, które pokazuje potęgę Chin. Zbudowane prawie w oparciu o kwadrat, idealnie przemyślane i co ciekawe, nie spotkałem się tutaj ze zjawiskiem tzw. korków ulicznych No cóż może czteropoziomowe skrzyżowania są najlepszym rozwiązaniem na problemy związane z zatłoczonymi uliczkami. Na uwagę zasługuje również inne mniej znane świątynie: Świątynia Białej Chmury, Świątynia Pochodzenia Prawa, Świątynia Wielkiego Miłosierdzia, Żółta Świątynia, Meczet Dongsi, Świątynia Pięciu Pagód, Świątynia Wielkiego Dzwonu, Świątynia Osiągniętej Mądrości i wiele innych. Niewątpliwą atrakcją Pekinu są również muzea i galerie sztuki. Godnie odwiedzenia są Galeria Sztuki Chińskiej, Muzeum Historii Naturalnej, Muzeum Wojskowe Chińskiej Rewolucji czy Obserwatorium Astronomiczne. Z Pekinu wyruszam na zwiedzanie Wielkiego Muru. W jednym z biur podróży na Placu Tien'anmen korzystam z oferty i kupiłem bilet na specjalnie zorganizowane zwiedzanie tego obiektu. O 7-rano następnego dnia wyjeżdża specjalnym autobusem dla obcokrajowców.


W czasie około 2-godzinnej jazdy (80 km) dowiaduję się, że pierwsze odcinki muru zaczęły już powstawać około VI wieku p.n.e.. Były to jednak początkowo tylko oddolne inicjatywy nadgranicznej ludności nie połączone w żadną całość.


Akcję budowania muru jako jednolitej struktury rozpoczął dopiero pierwszy cesarz Chin Qin Shi Huang Di w III wieku p.n.e.. Początkowo kierujący budową muru mieli do dyspozycji ok. 300 tys. ludzi. Wkrótce okazało się to niewystarczające. Przydzielano następne szerokie rzesze robotników. Przestępców i ludzi uznanych za przestępców oczywiście kierowano do katorżniczej pracy przy budowie Wielkiego Muru Chińskiego. Mur wznosili także rekruci, a w razie potrzeby wydłużano im lata służby. Oblicza się, że w budowę muru zaangażowanych było aż 3,5 mln osób, czyli 70 % ludności ówczesnych Chin. Praca ponad siły zbierała straszliwe żniwo, przy pracach zmarło ponad 1 mln ludzi. Ucisk spowodowany tą pracą przy tej gigantycznej budowli spowodował, że rok po śmierci cesarza, w 209 roku p.n.e. chłopi wzniecili powstanie i dynastia Qin upadła. Później jego budowę na zmianę porzucano na całe stulecia, a następnie niezbyt konsekwentnie próbowano ponownie podejmować, jednak Mur dynastii Qin, nie został nigdy ukończony. Zaopatrzony w bramy i wieże, od Szanghajkuan nad zatoką Liaotung do Ciajükuan w górach Nan-szan o długości 6350 km, chroniący Chiny przed najazdami ludów z Wielkiego Stepu a ponadto służył również ochronie przebiegającego wzdłuż niego Jedwabnego Szlaku, strzegł kupieckich karawan przed zakusami małych band czy hord Hunów. Jego znaczenie strategiczne nie było aż tak wielkie jak mogłaby wskazywać wielkość inwestycji. Stanowił jednak dość skuteczną zaporę przed nieskoordynowanymi atakami. System ten składał się nie tylko z samego muru, ale także z przylegających do niego osad nadgranicznych, faktorii handlowych, oraz szerokiego na blisko 1 km, pasa "spalonej" ziemi. Ten założyciel Cesarstwa Chińskiego ujednolicił język, pismo i system miar. 5000 km muru zostało wzniesione w ciągu 12-lat. Był często niszczony i wielokrotnie odbudowywany między innymi za czasów dynastii Ming. Po drodze zatrzymujemy się by zobaczyć Grobowiec Mingów; najpierw do Mauzoleum gdzie wewnątrz prawie pusto tylko pojedyncze wazy wystawione w wielkich szklanych gablotach. Oglądając projekcje filmu: Droga Duchów czyli trakt udekorowany kamiennymi posągami postaci ludzkich i zwierzęcych wiodących do Podziemnego Pałacu. Kiedy autobusem dojeżdżamy do właściwych Grobowców by dalej już pieszo po krętych schodach w dół dojść do krypty a w niej obejrzeć 3 wielkie cynobrowe urny i 3 trony zapewne siedziska kolejnych cesarzy. Po zwiedzeniu grobowców wracam do autobusu i jedziemy dalej do fortecy Juyongpass - twierdzą na Wielkim Murze na przełęczy Badaling. Wstęp na mur to konieczność wydania 30 Juanów. Jednak pieniędzy nie żal - tu czuć historię. Wiszące mgły zasłaniają dalsze fragmenty Muru. Ścisk niemożliwy, jak okiem sięgnąć na krętej wstędze Muru na przestrzeni kilku kilometrów pulsuje różnobarwna ciżba ludzka. Każdy ogląda dokładnie architekturę tej budowli. Wielki Mur ciągnie się 2400 km od morza aż do środka jałowej pustyni. Według legendy, pewien czarownik powiedział Cesarzowi, że Mur nie będzie trwały jeżeli nie zostanie w nim pogrzebany 1 wan czyli 10-tysięcy ludzi. Cesarz znalazł człowieka o imieniu WAN nakaz go zabić i pogrzebać w murze. Według innej teorii, przy budowie Muru śmierć poniosły tysiące ludzi a ich ciała posłużyły jako spoiwo dlatego Mur nazywany jest często najdłuższym cmentarzyskiem świata i ścianą płaczu. Mur Chiński jest jedna z najsłynniejszych budowli jakie stworzyły ludzkie ręce. Obecnie większa jego część jest w złym stanie i porozrywana na kilkanaście odcinków o różnej długości (stopniowo odbudowywana); tylko niewielkie fragmenty są udostępnione turystom. Chińczycy nazywają Wielki Mur Chiński: Wan-li Czang Czeng czyli Mur o długości 10-tysiecy li. Li to dawna miara długości równa 567 metrów. Co 100 – 150 metrów znajdują się czworoboczne wieże strażnicze. Wiadomość o zbliżaniu się nieprzyjaciela przekazywana była za pomocą zwierciadeł lub zapalonych pochodni Wiedzie grzbietami pasm górskich na wysokości ok. 1000 m.n.p.m. Po kilku kilometrach odrestaurowanego fragmentu pojawia się ten oryginalny, solidnie naruszony zębem czasu. (W latach 70 pod wpływem rewolucji kulturalnej armia budowała sobie koszary - z cegieł wyjętych z Wielkiego Muru. Za ich przykładem poszli chłopi i w ten sposób największa budowla świata uległa poważnemu zniszczeniu.


Kiedy przemierzam nie odrestaurowaną część zabytku, to nie ma tam tłumu już tylu turystów ponieważ Chińczycy zwykle zawracają.


Dalej na murze spotykam już nielicznych Europejczyków i Japończyków.Tę część muru polecamy tym, którzy mają solidne obuwie do wędrówki po górach i nie boja się kilkumetrowych zjazdów w dół po kamieniach. Jest największą budowlą tego typu na świecie. Przypomniały mi się słowa Mao wyryte na wielkim głazie w Badaling: Tylko ten, kto był na Wielkim Murze, może nazwać się prawdziwym bohaterem. Wbrew miejskim legendom, Mur chiński nie jest widoczny "gołym okiem" z odległego kosmosu (już choćby z księżyca), natomiast z wysokości orbity geostacjonarnej jest widoczny FOTO Po powrocie do Pekinu wieczorem idę na nocny targ żywności - można delektować się między innymi smażoną szarańczą, ptaszkami, skorpionami lub kokonami owadów. Ja decyduję się tylko na zasmażane krewetki ( smaczne ) i smażoną czarną rybę ( ohydztwo ). W "supermarkecie" można kupić chińską wódkę - jest ekstremalnie tania, mocna i taka sobie w smaku. W ciągu dalszej podróży z Pekinu docieram do miasta Datong, które jest nie dużym, prowincjonalnym miasto na północy o populacji tylko 2,7 miliona. Chodząc po mieście chłonąłem nowe widoki, zapachy, obserwowałem ludzi jak i sam byłem obserwowany, próbowałem specjałów miejscowej kuchni i powolutku zacząłem postrzegać świat przez skośne oczy.


Lawirując między rikszami i rowerzystami w potoku chaotycznego i hałaśliwego ruchu ulicznego, przypatrując się pracy szewca i fryzjera z bocznej uliczki czy przegrywających w bilard pod chmurką wczuwałem się w nastrój miejsca. Przyzwyczajając żołądek do pikantnej kuchni północno-chińskiej losowałem potrawy z ulicznych jadłodajni i w większości przypadków wygrywałem pyszne kąski oparte przede wszystkim na niesamowitym, przygotowywanym błyskawicznie, makaronie. Powoli przyzwyczajałem się do setek par oczu obserwujących moje poczynania. Jak to miło czasem zaspokoić ludzką ciekawość. Datong nie posiada wielkomiejskiej atmosfery. Nie jest też zabytkowym skansenem ale jest kilka ścian smoków z największa z nich to Jiulong Bi czyli Ściana Dziewięciu Smoków. Mierzy 8 metrów wysokości, 45 metrów długości i prawie 2 m grubości.


W mieście tym można zobaczyć normalne życie Chińczyków we współczesnej scenerii, zrobić zakupy, odpocząć. W miejscowym biura CITS właściciele są bardzo komunikatywni i można z nimi wynegocjować atrakcyjną cenę. Skorzystałem z oferty jednodniowej wycieczki do Grot Yungang, do Klasztoru Wiszącego w Powietrzu i Drewnianej Pagody. Jak się później okazało, organizacja była sprawna, przewodnik mówił dobrze po angielsku, była wystarczająca ilość czasu na obejrzenie atrakcji. Zwiedzenie obu miejsc na własną rękę prawdopodobnie zajęłoby mi dwa dni. Warto więc było przekalkulować czy kupić wycieczkę, czy zapłacić za dodatkowy nocleg. Yungang Siku czyli Groty Yungang to jaskinie z pięćdziesięcioma tysiącami Buddów, zwane także Jaskiniami Wzgórza Chmur. W skałach wykute są pomieszczenia, w których znajduje się mnóstwo rzeźb. Część z nich przedstawia Buddę w różnych postaciach. Jaskinie były wykuwane przez 60 – lat za pomocą prymitywnych narzędzi. Klasztor ten datowany jest na VI w n.e.. Budynki zbudowane są z drewna i połączone korytarzami, mostami i kładkami. Przed wejściem do jaskini miejscowy hodowca wielbłąda zaprasza na krótką przejażdżkę.


   Brzmi interesująco, a poza tym dziadek wygląda na potrzebującego wsparcia, więc nie zwlekając zająłem miejsce "między dwoma wzgórzami". Trzeba przyznać, że pomimo wszystkich innych zalet, wielbłąd ma tę przewagę nad koniem, że jest niesamowicie miękki przez co jazda na nim to istna przyjemność. Wjeżdżam do środka, wielkie rzeźbione w kamieniu pagody w środku jaskiń są imponujące, posąg kilkunastometrowego Buddy siedzącego w towarzystwie dwóch bothisathów też niczego sobie. Dopiero dalej docieram do miejsca, gdzie dostać można "oczo-buddo-pląsu". Takiej gamy rzeźb i kolorów nie widziałem chyba nigdy. Można tu spotkać motywy hinduskie, a także taoistyczne. Groty to kompleks składający się z 53 jaskiń zawierających w sumie ponad 50-tysięcy posągów. Liczą one ponad 1500 lat i powstały za panowania północnej dynastii Wei (V w.n.e.). Idąc do grot położonych najdalej na zachód, postacie Buddy przedstawiają właśnie postacie cesarzy dynastii Wei Tam zobaczyłem również Mur Dziewięciu Smoków, który zdobią wizerunki demonów, kunsztownie ułożone z kolorowej glazury. Po przejechaniu 70 km za Datong dojeżdżam do miejsca, gdzie w VI w. n.e. na niedostępnych skałach Kanionu Jinlong mnisi powiesili sobie klasztor na skale.





              


Klasztor sprawia niesamowite wrażenie bowiem do jego budowy użyto specjalnego rodzaju drewna i na dodatek nie ma ani jednego gwoździa. W jaki sposób został umieszczony 14 wieków temu nadal pozostaje tajemnicą. Kiedy oglądałem to wielkie cudo sztuki budowlanej zastanawiałem się nad technologią wykonawstwa. Do dzisiaj jest to dla mnie sztuka niepojęta po względem czysto inżynierskim. Oni już wtenczas byli naprawdę wielkimi mistrzami budowlanymi do których europejczycy nawet się nie umywali. Stąpając po jednostronnie galeryjnych krużgankach, czując pod stopą lekkie uginanie się stropu i słysząc skrzypienie miałem wrażenie że za chwilę jakiś element zapadnie się lub odpadnie. Krużganki były ułożone wielopiętrowo co jeszcze bardziej potęgowało poczucie strachu. Jednak widząc, że to jednak przetrwało całe wieki dawało pewna dozę na dalsze przetrwanie strachu. Kiedy dotykałem miałem wrażenie, że jest to bardzo solidnie wykonana konstrukcja a poszczególne elementy nie odzwierciedlały oznak minionego czasu. Drzewo z którego było to wszystko wykonane nie wykazywało większych spękań na słojach co dodatkowo dawało do myślenia. Łączenia były wykonane jakąś tajemniczą metodą i na dodatek tego jeszcze nie udało mi się zauważyć nigdzie żadnego gwoździa. I to wszystko bardzo solidnie się razem trzymało. Zwiedzający zapewne nie zwracali na takie szczegóły większej uwagi. Natomiast dla mnie było to pewnego rodzaju uczta duchowa i zarazem lekcja historii budownictwa światowego, której nigdzie nie miałbym szans poznania. Dlatego poznawanie takich perełek jest zawsze warte pod każdym względem. Po wielu trudach podróży docieram wreszcie do Szanghaju - nowoczesnego miasta portowego leżącego u ujścia do Morza Wschodniochińskiego a dokładniej mówiąc delty rzeki Jangcy-kiang.


Jednak jest to miasto oddalone od brzegu morza o 30 km, ale dzięki tej rzece; jej szerokości i głębokości mogą nią wpływać oceaniczne statki. Rzeka nim, dotrze do morza wije się wieloma zakolami i przybiera wszystkie odcienie od niebieskiego do stalowego. Trwa na niej nieustanny ruch. Płyną wyładowane towarem barki, u brzegu tkwią przycumowane statki, słychać buczenie syren a praca dźwigów portowych trwa całą dobę. Brzegi rzeki spina most Yangpu Bridge o długości 7658 metrów. Shanghaj to olbrzymi ośrodek przemysłowy i liczący 12 mln mieszkańców. Jest również największym portem Chin i zarazem głównym portem handlu międzynarodowego zachodniej części Pacyfiku. To miasto jest dla Chin, tym czym Nowy York dla Ameryki. Zgiełk i pośpiech to pierwsze wrażenie największego miasta Państwa Środka. Ludzie tutaj szybko mówią, jeszcze szybciej pracują i biegają, zaś wieczorem z centrum miasta jest tyle świateł że można czytać gazetę a na budynkach reklamy zajmują całe ściany. Szanghaj to gospodarcza lokomotywa Chin, jest to zarazem całkiem inne miasto niż biurokratyczny Pekin. Cechuje to miasto atmosfera portu otwartego na świat. Architektura budynków usytuowanych nad rzeką Huangpu a zwłaszcza nadbrzeże Bundu przypomina czasy obecności Anglików i Francuzów. Część budynków pochodzi z lat 20-tych zbudowanych jest w ekstrawaganckim stylu Art. Deco. Z nabrzeża udaję się wąskimi uliczkami Laojie do Starego Miasta. Brnięcie przez tłumy ludzi wyraźnie nawykłych do przepychania się w drodze do celu daje wyobrażenie o życiu codziennym w przeludnionych Chinach.


Zaskoczeniem dla mnie jest wyłaniające się nagle ze ściśniętego do granic możliwości zabudowy – większa płaszczyzna pięknie zachowanej zieleni. Są to ogrody Yu Yuan utrzymane w klasycznym stylu i założone jeszcze w okresie dynastii Ming. Ukwiecone altany, jeziorka z nenufarami, rabaty układane w skomplikowane kwietne wzory a Zygzakowaty Most z XVI wieku, który mimo niewielkich rozmiarów ma aż 9 przęseł a przy nim herbaciarnia Wuxinting z dziesiątkami gatunków podawanych aromatycznych napojów; jaśminowe, żeń-szeń. Zwiedzając dzielnicę francuską baczną uwagę zwraca stara architektura utrzymana w surowym stylu magazynów portowych a w domu przy ulicy Xinggelu w 1921 roku odbył się 1-szy Komunistyczny Zjazd Komunistycznej Partii Chin. Czerwona cegła na zewnątrz i pokój z filiżankami na stole w których rewolucjoniści w tym Mao Zedong popijali podczas obrad herbatę robi trochę niesamowite wrażenie. Powiew bardziej współczesności zapewniają dwie największe handlowe ulice miasta: Nanjing Road i Huaihai Road. Domy towarowe i dziesiątki sklepów oferują tu niemal wszystko co dusza zapragnie łącznie z najnowszymi kreacjami prosto z Paryża i elektronika prosto z Hong Kongu i Tajwanu. Dawne okna wystawowe przekształcono w deptak handlowy. Przy Nanjing Road neony zapraszają turystów do odwiedzania najlepszych restauracji zaś naganiacze dyskretnie wabią do nocnych klubów gdzie wynajmowanie prywatnych gabinetów jest czymś normalnym z których wszyscy są zadowoleni. Są również kluby o nieco innym charakterze w których goście mogą śpiewać przy karaoke. Religia ma bogate tradycje. Mieszkańcy odwiedzają świątynie z wizerunkiem Buddy w Świątyni Zmęczonego Buddy. Z bardziej atrakcyjnych miejsc jest niewątpliwie XIX - wieczny świątynny kompleks Yo Fo Si gdzie wizerunek 2-metrowego Buddy wykonany jest z jadeitu - nefryt inkrustrowany klejnotami. Później zaglądam też do taoistycznej Świątyni Weng i Klasztoru Cingan. Symbolem Szanghaju jest wieża Dongfan Mingzhu - Perła Wschodu o wysokości 420 metrów przypominająca gigantyczną strzykawkę w której mieści się Muzeum Historyczne. Na południowym zachodzie od centrum miasta zwiedziłem Pagodę Longhua z X wieku. Jednak ciekawostką budowlaną jest inna pagoda; Huzhu z 1079 roku umiejscowiona w Songjiane. Jej odchylenie od pionu wnosi 1,50 czyli większe niż Krzywa Wieża w Pizie. Ostatnią świątynię jaką zwiedziłem była Świątynia Bóstw Opiekuńczych Miasta czyli Cheng-huang Miao. Szanghaj to miasto biznesu, gdzie giełda tętni życiem a fortuny jakie na niej wyrosły przyprawiają o zawrót głowy nawet amerykańskich miliarderów. O rozmachu tego miasta mówi fakt, że powstaje tutaj najwyższy budynek w Chinach o wysokości 463 metrów – to Shanghaj Word Financial Center. Szanghaj znaczy po polsku: miasto nad morzem. Przez swoich mieszkańców nazywane jest tez Paryżem Wschodu. Jest to najszybciej rozwijające się miasto świata a swój charakter zachowała jedynie stara dzielnica portowa pełna barów i knajpek w których serwuje się jeszcze tradycyjne potrawy chińskie. Pomimo tak ogromnego postępu w komunikacji nadal bardzo powszechnym środkiem transportu na rzece Jangcy są tratwy – ten tak prymitywny ale jednak sprawdzony przez samych chińczyków środek transportu. Postanawiam obejrzeć nocne życie miasta - nie będę go jednak zwiedzać z pustym żołądkiem. Po drodze do centrum, w jednej z bocznych uliczek spotykam knajpkę serwującą słynny "ognisty kociołek". Do gotującego się tłuszczu wrzucają warzywa i mięso. Po chwili czas na pierwszy kęs - ostrość potrawy zbija mnie z nóg. Wszystko mnie pali - ja jem i płaczę jednocześnie dostając czkawki, która jest wiarygodnym miernikiem ostrości potraw.


Ognisty kociołek to istotnie kulinarna jazda bez trzymanki. Wpadam na pomysł - aby złagodzić ostrość potrawy, wyłowione z kociołka warzywa płucze w herbacie by po chwili włożyć pałeczki do szklanek. Siedzący przede mną Chińczycy zastygają w milczeniu. Widocznie takie pomysły białego człowieka nie mieszczą im się w głowach. Ponieważ jednak w herbacie po chwili znajduje się więcej oleju i chili niż wody, na migi proszę właściciela, aby przyniósł nam miskę czystej kranówki, w której będę sobie spokojnie płukać te wyłowione warzywa. Jakież jest moje zdziwienie, gdy po kilku chwilach przybiega rozradowany kucharz niosąc miskę z kilkoma litrami... herbaty. Zapewne wydaje mu się, że naprędce wymyślona przeze mnie metoda "tępienia chili" to normalny europejski zwyczaj. Zastanawiamy się, czy następnym turystom z Europy będzie od tej pory podawał miskę herbaty, co może być przez nich odczytane jako tradycyjny sposób serwowania "ognistego kociołka". Tym samym mogłem stać się prekursorem nowej chińskiej potrawy. Szanghaj, choć zdecydowanie inny niż typ Pekin, ma oprócz imponujących wieżowców również stare, wąskie uliczki. Tym co wyróżnia te ostatnie, są wędrujące we wszystkich możliwych kierunkach sznury z kolorowym praniem. Nierzadko susząca się bielizna, albo wietrzące kołdry przecinając chodniki, spychając przechodniów na jezdnie. Odkrywam osobliwe hobby mieszkańców - wypuszczanie ptaszka na chwile. Grupka mężczyzn otacza kilku innych, z małymi ptakami na rękach. Nagle wyrzucają do góry białe kuleczki. Ptaszki posłusznie podfruwajka, łapią w locie kuleczki, czasem nawet dwie i natychmiast wracają po nagrodę. A nagroda jest ziarno konopi indyjskich. Czasem jakiś ptak - narkoman na dłuższą chwilę przysiada na sznurach elektrycznych, które tak obficie jak linki z praniem, ale na wyższym poziomie, rozchodzą się we wszystkich kierunkach, tworząc nad głowami gigantyczna pajęczynę. Próżna moja nadzieja, że ptaszek już nie wróci. Wolność widać nie fascynuje tak, jak małe ziarenko. Dużo tu żebrzących kalek a także dzieci wypisujących swoje tragedie kredą na chodniku. Zaciekawieni przechodnie zatrzymują się, czytają i zazwyczaj odchodzą nie płacąc za wścibstwo. Centrum jest pełne sprzedawców "Rolexów" i pseudo artystów prześcigających się w produkcji kiczu. Moją uwagę przyciąga stary szaleniec na wrotkach. Nie prosi o pieniądze, zwyczajnie ma swoich piętnaście minut. Z uroczą nieudolnością mija przeszkody z kolorowych butelek, rozpościerając z szelestem dwa żółte wachlarze. Potem ta sama sztuczka ze szklaną kulą. Zbiera się mały tłumek gapiów ale występ mistrza przerywa policjant, rozkopując z nonszalancja kolorowe butelki. Starzec zwija swój cyrk i odchodzi nie przestając wdzięczyć się do publiki. Po chwili w wąskim zaułku młody chińczyk kopiuje jakieś barokowe dzieło a obok już schnie gotowa Mona Lisa. Stary fryzjer strzyże łysego rikszarza, obok walczą koguty. Na wysokim taborecie w doniczce z drzewkiem mandarynkowym leżą jajka, być może surowe. Na przeciwko milej restauracyjki suszą się niebieskie pantalony. Tętnią życiem domy publiczne pod przykrywka zakładów fryzjerskich. W Chinach nikogo nie rażą kontrasty. Piękny hotel wyrasta przy brudnym straganie i czy publicznej toalecie. Eleganckie garsonki sprzedaje się kolo tanich naleśników. Pomiędzy ulicznym zakładem fryzjerskim a stoiskiem z mięsem odwiedzamy galerie sztuki. I tak bez końca, kolorowo, kontrastowo, gwarnie i rozmaicie. Chińczycy żyją "na ulicy". Tu pracują, jędzą, odpoczywają. Grają w madżonga, szachy lub wspólnie trenują taniec. Lubią takie życie na zewnątrz, publiczne. Stare uliczki, gdzie kury i kaczki sprzedaje się tuż obok eleganckich butów. Również zakład stomatologiczny sąsiaduje z kurzą rzeźnią, a przez jego otwarte na oścież drzwi można zobaczyć mistrza i pacjenta, zaś pani siedząca tuż obok patroszy małe węże, które wiją się nerwowo w jej sprawnych dłoniach zanim trafia pod toporek, a po kilkunastu zaledwie sekundach wypatroszone lądują w misce z krwistą wodą, powiększając przygnębiające, nieruchome kłębowisko. Kury nie mieszczą się w swych klatkach. Z jednej wystaje noga, z innej łepek, albo skrzydło. Ludziska zaglądają, wybierają a zadowolona ze sporego dziś ruchu pani waży je na wadze patykowej, ponoć już dawno wycofanej oficjalnie z życia.

        

Udało mi się również odkryć piękną Katedrę niewielkich rozmiarów, która była typowym gotykiem z misternie wykonanymi typowymi łukami. Nato- miast w Szanghaju najbardziej znane miejsce spotkań zakochanych par znajduje się w Hotel Palace. Tańce do białego rana odbywają się w klubach oraz słynnej dyskotece Rojam Disco. Ladacznicą Azji nazwał Szanghaj były przywódca Chin Mao-Tse-Tung. Dzisiaj ta wielka metropolia imponuje rozmachem i nowoczesnością.
Jadąc z Shanghaju po drodze zatrzymuję się w pobliżu miasta Luoyang by zwiedzić wykuty w skale klasztory - sanktuaria buddyjskie, gdzie mnisi mieszkali w jaskiniach wydrążonych w skalnym zboczu.


Wnętrza jaskiń ozdabiają kamienne posągi i płaskorzeźby przedstawiające Buddę. Jednak najsłynniejszym sanktuarium jaki miałem możliwość zobaczyć i zwiedzić był umiejscowiony na górze Hengshan. To wiszący klasztor a właściwie kilkadziesiąt budynków osłaniających wejście do jaskiń. Połączone je drewnianymi galeriami, które przy każdym kroku trzeszczą tak jakby za chwilę miało runąć w przepaść.

          

Samo miasto jest bez szczególnych atrakcji poza King City Park bowiem w środku znajduje się rzeka, wesołe miasteczko oraz ogród zoologiczny.


Około 60 km na południe od Żółtej Rzeki wznosi się góra Songshan a wzdłuż gór biegnie droga i tory kolejowe. Z pociągu wysiadam w Zheng Zhon ponieważ dalej muszę już jechać autobusem. Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Deng-fengiem a Luxiangiem znajduje się kompleks 5-ciu klasztorów. Autobus którym jadę na warunki chińskiego podróżowania jest bardzo luksusowy. Po 2-godzinach dojeżdżam do pierwszej Świątyni którą jest Klasztor Hong Yue. Krótka przerwa na zwiedzanie i ponowna jazda aby dalej po około 30 minutach przybyć na miejsce czyli do Shaolin.


Klasztor Shaolin położony jest w prowincji Henan u podnóża świętej góry Song. W 110 roku p.n.e. cesarz Wu Di z dynastii Han po raz pierwszy złożył hołd świętej górze. Cesarze kolejnych dynastii również oddawali jej cześć. W 496 r. cesarz Wen Di, z północnej dynastii Wei rozkazał zbudowanie u podnóża góry klasztoru Shaolin dla buddyjskiego mnicha Batuo. Rozwój klasztoru wiąże się z przybyciem legendarnego pierwszego patriarchy Bodhidarmy, założyciela buddyzmu Chan w 527 r. i patriarchy buddyzmu przybyłego z Indii do Chin. Przetłumaczył On na język chiński wiele Sutr, które zapoczątkowały naukę Zen. Ten mnich przez 9-lat medytował w tym klasztorze. Na obrazach i rzeźbach Bodhidharma przedstawiany jest na ogół w postaci klęczącego, brodatego mnicha, czasem bez rąk i nóg, czasem bez powiek i źrenic. Taki sposób malowania i rzeźbienia Bodhidharmy związany jest z legendami i mitami krążącymi na jego temat.


Oto niektóre z nich: Bodhidharma oddawał w skupieniu się przez 9 lat intensywnej medytacji. Cały czas utrzymywał w jaskini pozycję siedzącą i wpatrywał się w ścianę. Tak długo medytował w pozycji siedzącej, że podkulone nogi w końcu uschły, a następnie odpadły. Według innej wersji, nogi, których w ogóle nie używał przyrosły mu do tułowia. Bodhidharma nie potrzebował także rąk. Kazał je sobie odrąbać, ponieważ zbyt nio rozpraszały jego uwagę. Aby lepiej się skoncentrować, patrząc na ścianę swojej jaskini nie mrugał i nie poruszał oczami. Jednak wciąż był bardzo senny i powieki mimowolnie mu opadały. Od tego momentu już nie zasypiał. Bodhidharma tak długo i intensywnie wpatrywał się w ścianę groty, że siła jego spojrzenia wypaliła w ścianie dziury. Według innej wersji, na skale odbił się cień medytującego patriarchy. Powieki mnicha, które spadły na ziemię zapuściły korzenie i wyrosły z nich krzewy herbaciane. Jest to jedna ze znanych wersji pochodzenia herbaty w dlatego też klasztor nazywany jest "Zuting Shaolin Chan Si", czyli "Klasztor Shaolin - miejsce narodzin buddyzmu Chan".


Dzięki działalności Bodhidarmy rozwinęła się sztuka walki Shaolin Kung Fu. Pod koniec VI w. klasztor stał się posiadaczem licznych dóbr ziemskich nadanych mu przez Yang Jiana (581-601), założyciela dynastii Sui i wyznawcę buddyzmu. Taizong, drugi w kolejności cesarz z dynastii Tang, w zamian za udzieloną pomoc (mnisi oswobo dzili księcia Qin-Li Shinmin, przyszłego cesarza) również obdarował klasztor licznymi dobrami, a mnichowi Tan Zong nadał stopień generała w swojej armii. Tak więc w VII w. klasztor był już jedną z najważniejszych świątyń. Do klasztoru zjeżdżały ważne osobistości, aby wziąć udział w uroczystościach religijnych, czy wygłosić okolicznościową mowę lub kazania. W czasie panowania kolejnych dynastii klasztor wciąż się rozwijał, pozyskując nowych darczyńców. Trenowanie mnichów uwarunkowane było pierwotnie potrzebą ochrony swoich coraz większych posiadłości ziemskich. Wieśniacy, nie mogąc podołać obciążeniom fiskalnym, często wszczynali bunty przeciw klasztorowi. W XVI w. mnisi shaolińscy zasłynęli przede wszystkim z walki przeciw japońskim piratom atakującym terytorium Songjiang.


W trakcie tych walk wielu z nich zginęło. Szczególnie odznaczył się mnich Xio Shan pełniący funkcję dowódcy wojsk cesarskich. Aby zapobiec atakom piratów oraz rozszerzyć nauczanie shaolińskiego kung fu, zbudowano kolejne Klasztory Shaolin. W okresie dynastii Ming mnisi cieszyli się szczególnie wielkim poważaniem, postrzegani byli zawsze jako strażnicy ładu, porządku i sprawiedliwości. W 1644 dynastię Mingów obalili Mandżurowie. Wielu żołnierzy i urzędników wiernych Mingom znajdowało w klasztorze schronienie. Dlatego też klasztor Shaolin stał się wkrótce biernym ośrodkiem oporu wobec władzy mandżurskiej. W 1647 r. na skutek zdrady wewnętrznej i wobec przeważającej ilości żołnierzy Qingów uzbrojonych w artylerię, klasztor Shaolin został zniszczony. Mnisi, którzy pozostali, aby bronić klasztoru zostali zabici. Część z nich uciekła do klasztoru Fukien. Zmasowany atak nastąpił jednak dopiero w 1760 r.; klasztory Shaolin, te wiodące i te mniejsze, zostały zniszczone przez wojska cesarskie. Od tego czasu mnisi Shaolin zostali wyjęci spod prawa, a uprawianie kung fu zostało zakazane pod karą śmierci. Większość bezcennych zwojów opisujących sztuki walki została zniszczona lub zaginęła, a te które przetrwały ukryto w tajemnych kryjówkach znanych tylko nielicznym. Z powodu prześladowań mnichów klasztor stracił wielu swoich wartościowych uczniów, posiadających cenną wiedzę o sztukach walki. Wraz z upowszechnieniem się broni palnej w XIX wieku straciły one na swoim znaczeniu, dlatego też mnisi shaolińscy nie stanowili już dalej takiego zagrożenia dla władzy cesarskiej. Klasztor zaczął powoli się odradzać, jednakże nie udało mu się odzyskać dawnej świetności. Coraz mniej ludzi chciało trenować sztuki walki, które wydawały się archaicznym, nie wartym poświęcenia czasu przeżytkiem. W wyniku wcześniejszych prześladowań, spadła również liczba osób nauczających i posiadających wiedzę o tradycyjnym kung-fu.


Po rewolucji Sun Yat Sena i ustanowieniu republiki zaistniała szansa na odrodzenie tradycji Shaolin. Niestety, w wyniku tzw. Północnej Ekspedycji Chiang Kai-Sheka z lat 1926-1928 klasztor został ponownie doszczętnie spalony. Po II wojnie św. dalej w Chinach trwał zastój w rozwoju sztuk walki. Brama wejściowa to parterowy pawilon pomalowany na kolor czerwony. Pośrodku nad otworem wejściowym umieszczona jest tablica ze złotymi literami, które informują do jakiego klasztoru się wchodzi. Po obu stronach drogi wiodącej przez bramę ustawione są kamienne figury przedstawiające stylizowane smoko-lwy zwane mitungami jako symbol potęgi cesarza. Jest to zarazem obok rzeźb przedstawiających żółwie - symbol długowieczności i jeden z najczęściej spotykanych w Chinach motywów dekoracyjnych. Zabudowa Klasztoru jest tradycyjna czyli hutungowa. Dziedzińce pomiędzy kolejnymi pawilonami mają długość około 50 metrów. Zaraz po przejściu przez główną bramę po lewej stronie jest wejście na boczny plac na którym znajduje się ekspozycja współczesnych rzeźb. Figury przedstawiają walczących bądź ćwiczących mnichów. Są tak dobrane, że idąc wzdłuż wystawy zgodnie z kierunkiem zwiedzania mam okazje prześledzić kolejne stopnie wtajemniczenia w arkana sztuki walki. Ze względu na to, iż Klasztor Shaolin był w przeszłości silnym ośrodkiem buddyjskim władze komunistyczne początkowo dość niechętnie odnosiły się do prób jego reaktywacji.


Zmienić się to miało w pod koniec lat 70-tych. Pod wpływem sukcesów chińskich filmów kung fu z Brucem Lee, Jackie Chanem i Jetem Li (szczególną popularnością cieszył się film "Klasztor Shaolin") urzędnicy dostrzegli w klasztorze Shaolin dobre narzędzie do promocji kraju. Przy okazji działań marketingowych zaczęto się coraz bardziej interesować także dziedzictwem kulturowym klasztoru. W ten sposób narodziło się współczesne chińskie wu shu, w mniejszym stopniu niż dotychczas nastawione na praktyczną walkę i technikę, a bardziej na elementy atletyczno - sprawnościowe, podnoszące zdrowie i kondycję. Dzięki poparciu władz chińskich zaczęto odbudowywać klasztor. Zaczęły również powstawać prowincjonalne i okręgowe komisje sportowe.


Celem ich działalności było zebranie mnichów i nauczycieli sztuk walki oraz odnalezienie zaginionych tekstów. W wyniku żmudnej kwerendy źródłowej udało się ustalić 166 form walki Shaolin Wu shu, (ręcznych jak i z użyciem tradycyjnej broni chińskiej). Dało to gruntowną podstawę do dalszego rozwoju sztuk walki. Sam klasztor zaczął się odradzać głównie dzięki staraniom "Wielkiego Opata", Mistrza Sun Xi. Zaczęli do niego masowo napływać turyści z całych Chin, jak i z zagranicy, aby zwiedzić klasztor lub trenować w nim wu shu. W całym kraju zaczęły powstawać tzw. szkoły treningowe Shaolin, nie zawsze jednak prezentujące odpowiedni poziom. W roku 1985 działało już 40 szkół tego typu. Szkoły mniejsze zaczęto łączyć razem w większe, tworząc duże i profesjonalne centra treningowe. Największe z nich powstało w latach 1986 - 1987 przy odbudowanym Klasztorze Shaolin, w którym obecnie trenują wu shu zarówno Chińczycy, jak i pasjonaci sztuk walki z zagranicy. Przez setki lat klasztor Shaolin cieszył się sławą najlepszego ośrodka sztuk walki w Chinach. Obecnie stanowi symbol chińskiego wu shu oraz niezwykłą atrakcję turystyczną regionu miasta Luoyang w prowincji Henan. Architektura klasztoru, górzysta okolica oraz legendy i opowieści z nim związane nadają temu miejscu specyficzny klimat. Wszystko, z czym stykają się turyści świadczy o bogatej tradycji i odległych korzeniach klasztoru. Jeden z najbardziej tolerancyjnych i zdolnych cesarzy z dynastii Qing, Kangxi, nakazał nad główną bramą klasztoru powiesić tablicę z ręcznie wypisaną nazwą świątyni. Aby upamiętnić bohaterskie czyny mnichów i ich patriotyzm, urzędnicy cesarscy nakazali ułożyć na placu przed wejściem głównym na teren klasztoru kamienne płyty oraz ustawić dwa kamienny lwy, mające go strzec. Wchodząc przez bramę na teren świątyni podążamy aleją, po obu stronach której stoją kamienne tablice ufundowane przez zasłużonych mnichów i nauczycieli kung fu. Idąc przez dziedzińce świątynne, możemy zwiedzać kolejne zabytkowe sale (odrębne budynki), odrestaurowane w połowie lat 80-tych:

               Devajara

[Rozmiar: 12729 bajtów] Sala Niebiańskich Królów. Do najciekawszych eksponatów należą rzeźby Niebiańskich Królów, dwa zdobione filary, utrzymujące artystycznie wykonany rytualny dzwon, bęben oraz gliniane figury przedstawiające vajra (diament lub piorun, rytualne narzędzie buddyjskie symbolizujące męską energię). Yaoshifo, Bóg Medycyny). Trójca buddyjska otoczona jest przez 18 arhatów. W sali można znaleźć również rzeźbę Kwan-yin (Bogini Miłosierdzia) i wspaniały wiszący dzwon.

Pawilon Przechowywania Sutr
Miejsce, gdzie były przechowywane i czytane sutry buddyjskie. Była to biblioteka, a zarazem lektorium dla mnichów.
Sala Opata
(Fangzhang, czyli "małe miejsce"). Była to niewielka sala, w której odpoczywali opaci klasztoru. W 1750 r. mieszkał w niej cesarz Qianlong, gdy odwiedził klasztor. Od tego czasu zaczęto salę nazywać Long Ting (Sala Smoka), gdyż Chińczycy wierzyli, że cesarz jest synem smoka.
Sala Tysiąca Buddów to miejsce, gdzie mnisi ćwiczyli kung Fu. Pod wpływem długoletniej nauki różnych form walki, na kamiennej posadzce odciśniętych jest 48 par wgłębień, pozostawionych przez ćwiczących mnichów. Na ścianach znajdują się freski przedstawiające mnichów oddających cześć Buddzie. We wschodniej części sali wydzielone jest pomieszczenie, tzw. sala Białej Szaty (inaczej Sztuk Walki). Na dwóch ścianach możemy podziwiać malowidła przedstawiające: 13 mnichów ratujących księcia Qin-Li Shinmin oraz ćwiczących kung - fu. W bocznych skrzydłach każdej sali znajdują się pomieszczenia o charakterze mieszkalnym. We wschodniej części klasztoru znajduje się tzw. Las Kamiennych Tablic. Są na nich wyryte inskrypcje zawierające mądrości buddyjskie. W zachodniej części klasztoru mieści się galeria przedstawiająca 15 glinianych figur mnichów naturalnej wielkości. Prezentują one różne style kung oraz historyczne wydarzenia i opowieści o życiu shaolińskich mnichów. Poza terenem klasztoru znajduje się nekropolia mnichów shaolińskich - Da Lin (Duży Las), zwana także "lasem pagód". Było to miejsce pochówku ważnych opatów i mnichów z klasztoru. Sami mnisi nazywają to miejsce Parkiem Pagód lub starym cmentarzem na zachodzie. W Da Lin znajduje się aż 245 pagód, choć - jak głosi legenda o próbującym je policzyć cesarzu Qianlong - nikt tak naprawdę nie wie, ile ich jest. Cesarz, aby sobie ułatwić zadanie, ustawił 500 żołnierzy, każdego przy jednej pagodzie, ale z powodu gęstych zarośli i tak nie był w stanie ich wszystkich policzyć. Da Lin jest największym zbiorowiskiem tego typu zabytków sakralnych w Chinach. Pagody wykonane zostały z cegły, z kamienia lub odlano je z brązu. Niektóre, w zależności od statusu i zasług zmarłego, są bogato zdobione ornamentami. Jak mawiają mnisi; liczba poziomów każdej pagody, rodzaj i jakość budulca, wysokość i rozmiar są uzależnione od stopnia rozwoju duchowego i prestiżu, jakim za życia cieszył się mnich. O wyglądzie decydował również stopień zamożności mnicha i ilość uczniów, których posiadał. Wysokość pagód waha się od 1 do 15 m. Zróżnicowane są pod względem architektonicznym. Ich styl zależy od okresu dynastycznego w, którym były budowane (od VIII do XIX w.). Grobowce buddyjskie w kształcie pagody bywają zwane także stupami. Początkowo, według buddyjskiej tradycji indyjskiej, miały one kształt kopca ziemnego. Stanowić miały symboliczny znak promieniującej energii buddyjskiej. Ciało zmarłego zamurowywane było w pagodzie w siedzącej pozycji medytacyjnej lub wcześniej poddawano je kremacji. Szeregowi mnisi nie dostępowali zaszczytu pochówku w "parku pagód". Chowano ich przeważnie w niewielkich kopcach wokół klasztoru, fundowano kamienne tablice lub składano ich ciała na stokach górskich. W pobliżu klasztoru znajduje się również wiele innych ciekawych, wartych zobaczenia miejsc. Na północy znajdują się Jaskinie Bodhidarmy, gdzie - jak głosi legenda - medytował pierwszy opat, Da Mo. Na południu znajduje się chata drugiego opata, Hui Ke. Inne godne uwagi miejsca to: akademia Song-Yang, Zhong Yue, taoistyczna świątynia, obserwatorium astronomiczne z XIII w. oraz prawdopodobnie najstarsza pagoda chińska pochodząca z VI w., świątynia Fa Wang, a także groby z dynastii Han. Każdy przyjeżdżający do klasztoru może zrozumieć, jak ważną rolę w kulturze chińskiej odgrywa tradycja. Część budowli została odrestaurowana lub zbudowana współcześnie. Niektórzy mogą nawet powiedzieć, że Shaolin zaczyna ulegać wpływom i komercjalizacji zachodu. Jednakże jest to wciąż urokliwy, malowniczo położony obiekt, w którym patrząc na ćwiczących mnichów myślimy, że czas zatrzymał się w miejscu. Według źródeł historycznych, sztuki walki istniały już w czasach założyciela klasztoru, mnicha Batuo. Wyszkolił on swojego ucznia Chou, który znany był ze swoich wielkich umiejętności. Jednakże przed przybyciem Bodhidharmy (jap. Daruma) do Dengfeng, sztuki walki były słabo rozpowszechnione wśród tamtejszych mnichów. Życie upływało im głównie na praktykach religijnych. Rok 527 r. p.n.e. okazał się być przełomowy dla historii klasztoru. Właśnie wtenczas przybył do niego słynny mnich hinduski Bodhidharma (Da Mo). Był on legendarnym patriarchą buddyzmu zen. Przywędrował do Chin z Indii, aby tu nauczać dharmy buddyjskiej. Jego nauka nie została jednak zaakceptowana na dworze cesarza Wu Di. Da Mo udał się więc do Klasztoru Shaolin, gdzie także początkowo spotkał się z chłodnym przyjęciem. Mnisi nie pozwolili mu zamieszkać na terenie klasztoru. Schronił się więc w pobliskich jaskiniach. Tam całkowicie poświęcił się medytacji. W swoim najsławniejszym dziele "Nauczanie Zen" Bodhidharma twierdził, że podstawą nauczania buddyzmu jest Bezmierna Pustka. Na pytanie: Kim Ty Jesteś? Odpowiadał: Nie wiem.


Mnisi z Shaolin, widząc, jak przybysz z Indii intensywnie medytuje, z czasem zaczęli odnosić się do niego z szacunkiem. W końcu zgodzili się, aby zamieszkał w klasztorze. W ten sposób nauka zen zaczęła zmieniać sposób życia mnichów. Stopniowo wprowadzano surowe reguły medytacji w pozycji siedzącej. Miała to być najlepsza droga do osiągnięcia Oświecenia. Ale Da Mo zauważył jednak, że pod wpływem długotrwałej medytacji mnisi stają się senni, zmęczeni i odrętwiali, a praktyki religijne nadwerężają ich zdrowie. Było to przeciwne nauce buddyjskiej, która zakładała, że nie możliwe jest osią gnięcie wysokiego poziomu zaawansowania ducha, bez silnego i zdrowego ciała. Bodhidharma dobitnie podkreślał, że: "Aby trenować umysł, trzeba najpierw trenować ciało". Postanowił więc wprowadzić do opartego na ascezie życia mniszego ćwiczenia fizyczne. W układaniu schematu ćwiczeń pomocne było doświadczenie Bodhidharmy, który w czasie swoich wcześniejszych licznych wędrówek musiał stawiać w pojedynkę czoła zarówno bandytom, jak i dzikim zwierzętom. Przygotowany zestaw ćwiczeń miał za zadanie mnichów rozgrzać, rozruszać i zregenerować ich siły. Z czasem proste, relaksacyjne ruchy za częły przekształcać się w coraz bardziej skomplikowane formy. Niektóre stały się tak trudne, że wymagały od mnicha osiągnięcia wysokiego, wręcz akro- batycznego stopnia sprawności fizycznej. Dojście do takiej umiejętności poprzedzone było długoletnim i żmudnym treningiem. W końcu ćwiczenia włączone zostały na trwałe do reguły klasztornej. Mnisi zwali ćwiczenia "Shih Pa Lo Han Sho", czyli "Osiemnaście rąk Lo - Han". Terminem "Lo - Han" określano także zwolenników i wyznawców Buddy. Był to również pierwszy termin, którym określano sztuki walki. Przez wiele stuleci kolejne pokolenia mnichów rozwijały te ćwiczenia, łącząc je z technikami walki znanymi wśród lokalnej ludności. Dzięki temu wytworzyła się oryginalna sztuka walki, znana powszechnie jako Shaolin Wushu. Klasztor Shaolin cieszy się niezwykłą estymą i renomą. Każdemu kojarzy się uprawianiem sztuk walki na najwyższym z możliwych poziomie. Na sławę i opinię o nim pracowały całe pokolenia mnichów. Luohanów zawsze cechowało wysokie morale, poczucie sprawiedliwości, a przede wszystkim upór i determinacja w osiąganiu wyznaczanych celów. Sztuki walki trenowane od wieków w Shaolin zostały dokładnie opisane i uporządkowane, tak iż stały się najbardziej charakterystycznym systemem chińskiego wu shu. Legendarna już historia uratowania przyszłego cesarza Taizonga była drugim po przybyciu Bodhidharmy punktem zwrotnym w dziejach klasztoru. Cesarz odwdzięczył się mnichom za ich męstwo i lojalność wobec dworu. Na mocy swojego dekretu zezwolił mnichom spożywać dotychczas zakazane mięso i pić alkohol. Mnisi mogli odtąd nosić też szaty w kolorze złocistym wraz z symbolami smoka i feniksa. Zyskali w ten sposób prestiż, gdyż były to symbole używane wyłącznie przez cesarzy. Od tego momentu mnisi ubierać się będą w szaty w różnych odcieniach koloru żółtego: jasnobrązowym, złotym, pomarańczowym, jasno i ciemnożółtym. Mogli również oficjalnie, za zgodą cesarską, szkolić własne zastępy mnichów - wojowników. Cesarskie pozwolenie na picie alkoholu miało nieoczekiwanie pozytywne skutki. Mocne trunki zainspirowały mnichów do stworzenia specjalnej techniki tzw. "pijanego mistrza", którą spopularyzował Jackie Chan w filmie Legenda Pijanego Mistrza. W złotym wieku klasztoru Shaolin, czyli w okresie VII-VIII w. zamieszkiwało go ok. 1500 mnichów. Zewnętrznych murów przed intruzami broniło aż 500 wojowników w "habitach". Szkoląc się na skutecznych żołnierzy, mnisi oprócz umiejętności władania białą bronią musieli opanować także jazdę konną oraz podstawy medycyny. W treningu pomocne były specjalne metody regulacji oddechu, dzięki którym potrafili się odpowiednio skoncentrować. Aby udoskonalić styl walki, opaci zapraszali do klasztoru znanych w całych Chinach mistrzów kung fu, zdobywając w ten sposób szeroką wiedzę na temat różnych stylów i odmian walki. Sztuka walki Shaolin Wu shu należy do tzw. grupy stylów północnych. Jak w wielu stylach, łączą się w niej elementy walki wręcz z elementami walki przy użyciu tradycyjnej broni chińskiej. Powszechnie uważa się, że 4 podstawowe będące w użyciu bronie to: kij, włócznia, szabla i miecz. Jednak według źródeł historycznych, do czasów dynastii Ming specjalnością mnichów z Shaolin była walka przy użyciu pałki. Od XVI w. wyspecjalizowali się oni w walce na pięści. Ruchy, które wykonują trenujący ten styl są elastyczne, szybkie i silne. Idealnie nadają się do obrony, jak i ataku. Specjaliści uważają, że najbardziej charakterystyczną cechą Shaolin Wushu jest wykonywanie wszelkich akcji technicznych w jednej prostej linii. Do szkoły klasztornej Kung fu mnisi przyjmują dzieci w wieku od 4 do 8 lat. W pierwszym etapie treningu trwającym kilka miesięcy, uczniowie uczą się kontrolować energię Qi. Gdy nauczyciel uzna, że opanowali tę umiejętność w sposób dostateczny poddaje ich tzw. "próbie orzecha", która polega na rozbiciu przy pomocy cegły orzecha na głowie ucznia. Kilku najlepszych uczniów zostaje wybranych przez nauczyciela celem dalszego treningu. Najwyższy stopień wtajemniczenia będą mieli szansę osiągnąć tylko nieliczni. Większość z nich będzie robić karierę w wojsku, policji, najczęściej w oddziałach specjalnych, niektórzy będą pracować w firmach ochroniarskich. Jak w wielu w odmianach kung fu, mnisi stosują w treningu tzw. drewniane manekiny. Uderzając o drewno ćwiczą technikę i siłę różnych kopnięć oraz uderzeń.


Aby wyćwiczyć stabilną postawę, trenują różne formy i techniki stojąc na drewnianych palach wkopanych w ziemię. Pale są wysokie na kilka metrów, dlatego przy tego typu ćwiczeniach muszą zachować szczególną ostrożność, aby nie upaść. Temu samemu celowi służy ćwiczenie technik na śliskiej posadzce lub w wartkim górskim potoku. Tylko karkołomny, wielogodzinny trening, w którym pojedyncze ruchy powtarzane są setki i tysiące razy, doprowadzić może do perfekcji i automatycznego wykonywania techniki. Każdy mnich w czasie swojego treningu musi przejść 10 etapów szkolenia. W każdym z nich ćwiczone są inne elementy wu shu. Po zakończeniu tego wieloetapowego, morderczego szkolenia każdy posiada możliwie pełną wiedzę z zakresu Shaolin Wu shu, lecz specjalizuje się w jednym lub w dwóch wybranych przez siebie elementach. Wielokrotne powtarzanie tej samej czynności kształtuje u mnichów charakter, uczy cierpliwości, buduje masę mięśniową i rzeźbi sylwetkę. Po przejściu ostatecznych egzaminów mnich staje się mistrzem, nauczycielem sztuk walki i otrzymuje prawo noszenia szkarłatno - złotych szat. Aby osiągnąć stopień mistrzowski, należy całkowicie poświęcić się treningowi, przełamując swoje słabości. Najbardziej doświadczeni i najstarsi na ogół mistrzowie piszą czasem dla przyszłych pokoleń wierszowane teksty i trakty, których celem jest przekazanie wiedzy i umożliwienie uczniom jak najlepszego zrozumienia wykonywanej formy lub techniki. Niektóre z nich uwieczniane są na kamiennych tablicach znajdujących się wokół klasztoru. Trening sztuk walki inaczej jest postrzegany przez mnichów z klasztoru, a inaczej przez ludzi z zewnątrz, zwłaszcza spoza Chin. Dla ludzi trenujących na zachodzie to przede wszystkim sport, chęć udowodnienia sobie, że jest się lepszym od innych, samoobrona, możliwość polepszenia kondycji fizycznej. Dla mnichów z Shaolin to zupełnie coś innego. Na pierwszym miejscu stawiają oni praktykę religijną, możliwość wyrażenia w inny sposób swojej modlitwy, wyciszenie i obcowanie z naturą. Eksperci sztuk walki wyróżniają następujące style Shaolin kung fu: Północnej Modlącej się Modliszki, Wing Chun, Czarnego Żurawia, Czarnego Tygrysa, Smoka, Węża, Leoparda, Południowej Modlącej się Modliszki, Tygrysa, Białego Żurawia.
Wymagania stawiane adeptom sztuk walki najlepiej obrazują mądrości buddyjskie związane ze zwierzętami: Poruszaj się z wdziękiem jak kot: Twoje ruchy, powinny być lekkie, zwinne jak u kota.
Bądź agresywny jak tygrys: tygrys uosabia odwagę i agresję. Wroga należy zwyciężyć odwagą, atakować ostro, a wycofywać się pewnie.
Stąpaj jak smok: bo smok Chinach jest symbolem siły. Kroki, które stawiamy powinny być zdecydowane i mocne. Od stawianych kroków uzależniony jest ruch naszego ciała i uderzenie, które wyprowadzamy.
Działaj jak błyskawica: musisz być szybki w swoim działaniu i ciągle gotowy, aby zareagować na zmieniającą się sytuację. Powinno zadawać się ciosy tak szybko, żeby nie czuć momentu uderzenia. Krzycz jak grzmot: w walce najważniejsze jest wyprowadzanie silnych uderzeń. Uderzeniom powinien towarzyszyć głośny krzyk, aby lepiej uwolnić swoją energię.
Poruszaj się jak powiew wiatru: powinno się działać gwałtownie, jak powiew wiatru. Pięść ma być widzialna dla przeciwnika, ale uderzenie już nie. Lecz jeśli nie widzisz uderzającej pięści przeciwnika, to tak jakbyś nie widział swego oponenta.
Bądź jak gwóźdź: stój tak pewnie i stabilnie na stopach, jak wbity w ziemię gwóźdź.
Bądź ciężki jak góra: powinno się tak trzymać podłoża, jak góra, której nie można przesunąć. W tym celu należy nauczyć się regulować swój oddech.
Bądź lekki jak gęś: należy poruszać się lekko we wszystkich kierunkach i ciągle reagować na ruchy przeciwnika i zagrożenie mogące nadejść z różnych stron.
Bądź miękki jak bawełna: przed wyprowadzeniem ciosu, czy zastosowaniem techniki należy się uprzednio rozluźnić i wewnętrznie skoncentrować.
Bądź twardy jak skała: przy pomocy odpowiednich metod treningowych ręce i nogi muszą być odpowiednio utwardzone. Nasze uderzenia powinno być dla przeciwnika dotkliwe i wyraźnie przez niego odczuwalne. Uczniowie ćwiczący w klasztorze w odróżnieniu od adeptów pozostałych szkół, uczą się dodatkowo medytacji i koncentracji. Specjalnym rodzajem koncentracji jest Dzi Dong. Mnich znający te technikę potrafi wyłączyć zwoje receptory bólu i np. włożyć ręce pomiędzy dwa 70- kg walce. W Klasztorze Shaolin zobaczyłem ponad to jeszcze średniowieczne freski przedstawiające: Wyzwolenie Cesarza Tang przez 13 mnichów z Klasztoru. W innym pawilonie w podłodze są wgłębienia wytarte przez 1000-ce stóp mnichów ćwiczących sztuki walki wushu. Po chwili do moich uszu zaczyna dobiegać jazgotliwa muzyka. Cały dziedziniec zapełnia się ludźmi odzianymi w białe powłóczyste szaty – są to współcześni mieszkańcy klasztoru. Na blacie przykrytym białym materiałem niosą płody ziemi. Wychodząc poza obręb Klasztoru i po dojściu do głównej drogi przy wtórze skrzypiec, fletów, piszczałek – skręcam w prawo. Po drodze mijam wozy do których zaprzęgnięte są osły. Tak dochodzę do cmentarza przeorów i zasłużonych mieszkańców Shaolin. Potocznie nazywany jest to Lasem Stup czyli kamiennych pagód a to dlatego, że grobowce w których wnętrzu kryje się urna z prochami zmarłego, kształtem swoim przypomina pagodę w miniaturce. Na każdym takim grobowcu widnieje dusza przodka czyli tabliczka z imieniem mnicha zawierająca sentencje na dalszą drogę duszy już po śmierci. Chodzę i oglądam dokładnie to miejsce bo jego zakątki są niepowtarzalne. Kiedy spojrzałem w górę to niebo nieskażone jest ani jedną chmurką a zielone drzewa w tle wspaniale harmonizują z jasno-piaskowym kolorem pagód. Po chwilach samotności w czasie których myśli moje wędrowały ku minionym wiekom, których świadectwa są wyryte na kamieniach - wracam na trasę zwiedzania. W Klasztorze Shaolin jest najbardziej renomowana szkoła Kung-fu. Ich adepci zaprezentowali na specjalnym pokazie swoje umiejętności popisując się niesamowitą sprawnością, siłą i odwagą. Takiego widowiska nie zobaczy się nigdzie na świecie. Następnego dnia wyjechałem pociągiem do Xi'an. Kupno biletu w dniu odjazdu nie było takie proste. Nie skorzystałem z usług koników i w rezultacie tylko przez część trasy miałem miejsca siedzące. Kilkunastogodzinną jazdę urozmaicała mi rozmowa z chińskim studentem. Jego poglądy były dla mnie trochę szokujące; jak twierdził to masakra w 1989 roku to dzieło ... terrorystów. W każdym razie rano dotarłem do Xi'an. Znajduję miejsce w hotelu. W tym mieście doznałem pierwszy raz najwspanialszych przeżyć kulinarnych - wołowina w sosie słodko kwaśnym, serwowana w jednej w małych restauracyjek na starym mieście, była niezapomniana. Po ode spaniu podroży obejrzałem niesamowitą dzielnicę muzułmańską. Trafiam również całkiem przypadkowo do jednego z urokliwszych miejsc widzianych dotychczas w Chinach; malej muzułmańskiej świątyni, której architektura bynajmniej nie przypomina meczetu. Zbudowana została w tradycyjnym chińskim stylu i gdyby nie nieliczni snujący się na jej dziedzińcu wierni, oraz arabskie napisy, można by się pomylić. Jest jednak ten tak nietypowy dla Chińczyków spokój i wyraźna atmosfera religijności. Świątynia ukryta jest w niepozornej, ciasnej uliczce muzułmańskiej dzielnicy starego miasta. Moją uwagę zwraca rządek siedzących w jej bramie długobrodych staruszków w białych czapkach. Milcząco przytakują na moje równie milczące zapytanie o możliwość wejścia do środka. Tuż za bramą ukazuje się piękny dziedziniec pełen zieleni i rozgrzany słońcem kompleks świątynny. Muzułmanie niespiesznie płyną z jednej na drugą stronę ogrodu, podlewając kwiaty, przycinając krzewy i uśmiechając się gościnnie. Co chwilę jakiś wierny wymyka się cicho z tego dziwacznego meczetu, wciąga buty i mijając stojący przy wejściu stary zegar, po chwili znika w bramie. Następnego dnia autobusem linii 306 sprzed dworca kolejowego docieram do Lingtang będące niegdyś siedzibą Cesarzy Chińskich. Miasto otaczają mury obronne a nad samym centrum góruje Wielki Meczet. Postanawiam go zwiedzić, ponieważ jest jedną z najstarszych świątyń islamskich w Chinach. Bardzo trudno go znaleźć, gdyż jest położony w samym środku bazaru, co nie wskazuje na sakralny charakter tego miejsca. Meczet nie jest wielki w sensie swojej wysokości, nie posiada minaretów właściwych meczetom Bliskiego Wschodu, jest natomiast bardzo rozległy - na jego terenie spotykamy pawilony wystawowe w stylu chińskim, gromadzące zabytkowe przedmioty i tablice islamskie, bramy i urocze maski. Do sali modlitewnej, do której wstęp mają tylko muzułmanie, prowadzą trzy bramy, określane mianem Bramy Trzech Wyznań: islamu, buddyzmu i taoizmu, oznaczonych symboliką właściwą każdej z religii. To ciekawy przykład azjatyckiego ekumenizmu - w chińskich muzułmanach nie ma cienia religijnego fanatyzmu, chętnie otwierają drzwi swoich świątyń dla turystów i traktują europejskie zwyczaje, np. noszenie ciemnej odzieży z dużym zrozumieniem. Po zwiedzeniu Meczetu kieruję się do malowniczej pagody o nazwie: Pagoda Dzikich Gęsi. Jest to wysoka wieża z żółtej cegły która ma 1500-lat. Jednak nie to było głównym celem wyjazdu w to miejsce tylko zobaczenie czegoś niespotykanego nigdzie na świecie: Terakotową Armie Cesarską. Jest to 7000 figur wojowników i koni naturalnej wielkości odkrytych w pobliżu pochówku Cesarza Quin Shi Huangdi z III w.p.n.e. Władca ten zażyczył sobie aby wojsko z terakoty towarzyszyło mu w życiu pozagrobowym.


Ocalił w ten sposób swoich wojów i służbę ponieważ gdyby nie wykonano ich podobizn to zostali by oni po śmierci cesarzami. Taki był zwyczaj. Terakotowa Armia to zabytek unikalny w skali światowej. Żołnierzy cesarza przedstawiono ze zdumiewającą precyzją zachowując nawet szczegóły ich fizjonomii. Wchodzę do pawilonu, który w latach siedemdziesiątych XX w. został przypadkowo odkryty przez chłopa, chcącego w tym miejscu wywiercić sobie studnie. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że skromne poletko jest kluczem otwierającym drzwi największego odkrycia archeologicznego XX w. Przede mną roztacza się widok sześciu ponad 8000 terakotowych wojowników i koni ciągnących pierwotnie drewniane rydwany, które jednak z upływem czasu rozpadły się w drobny mak. Każdy z wojowników ma inne rysy twarzy, prawdopodobnie przy tej misternej robocie wykorzystano twarze robotników pracujących przy budowie grobowca cesarza Qin Shi Huangdi. Nie da się ukryć, że facet miał fantazję i pieniądze. Żołnierze zostali przez archeologów pozbawieni broni, której pozostałości można podziwiać w pobliskim muzeum. Pawilon rozbudza mój apetyt na nowe niezwykle widoki antycznego wojska.


Niestety kolejne dwa pawilony pozbawiają mnie złudzeń - znalezisko zostało zrekonstruowane tylko w pierwszym pawilonie; w pozostałych widać przede wszystkim porozbijane figury, które chińscy archeolodzy pozostawili nietknięte. Terakotowa Armia to przede wszystkim pierwszy pawilon, pozostałe nie są już tak okazałe. W Chinach najsłynniejsze są dwie armie: ludowa i terakotowa. Z pierwszą z nich mamy do czynienia na co dzień - w autobusie, pociągu, w toalecie i niemal na każdym placu i rogu ulicy. Drugą z nich można podziwiać na dawnym Jedwabnym Szlaku w okolicach Xi'anu. Żołnierze Terakotowej Armii Cesarza Qin Shi Huang to figury liczą ponad 2000 lat, a ich liczba ja wcześniej wspomniałem sięga 8000.. Wiele wieków przed odkryciem morskiej drogi łączącej Europę z Azja Wschodnią, istniał już tzw. Jedwabny Szlak. Umożliwiał on łączność obszaru śródziemnomorskiego z dalekimi Chinami. Wytwarzany w Kraju Środka jedwab należał do najbardziej luksusowych dóbr starożytnego Rzymu, natomiast na dworze Chińskiego Cesarza kupowano europejskie szkło artystyczne oraz kamienie szlachetne. Na żadnym innym szlaku ówczesnego świata nie panowała tak intensywna wymiana towarów i idei. Początek Jedwabnego Szlaku zaczynała się właśnie w mieście Xi’an, które było niegdyś stolica dynastii Tang i zarazem największą metropolią świata w drugiej połowie pierwszego 1000-lecia naszej ery. Moim cele była jeszcze Baxian An, największa świątynia taoistyczna w Xi’anie. Na trasie swojej wędrówki spotykał do tej pory wiele świątyń, jedne mniej, inne bardziej ciekawe, lecz Baxian An, Świątynia Ośmiu Nieśmiertelnych, to miejsce niezwykle. Jestem zafascynowany przepięknymi ściennymi freskami, obrazującymi sceny z mitologii taoistycznej - fantastyczne stwory, sceny bitew, skłębionych postaci przedstawiono w mitologicznym raju i piekle.


Symbolika podobna trochę do chrześcijańskiej, choć zamiast aniołów - bodhisattwy, istoty doskonałe w swojej mądrości, które zamiast raju pozostały na ziemi, by pomagać ludziom w osiągnięciu nirwany. Freski zachowane są w dobrym stanie i widać, że w ostatnich latach nie były poddawane konserwacji, która w wersji chińskiej zamiast przywracać dziełom ich pierwotny wygląd, często pozbawia je ich historycznej wartości. Dlatego w świątyniach widzi się jaskrawe malowidła, sprawiające wrażenie, że namalowano je wczoraj. Baxian An to także czynne miejsce kultu. Mnisi odprawiają swoje codzienne rytuały składając Buddzie ofiary z owoców i dbając, by nie wygasły płonące na zewnątrz święte kadzidła. Z innych ciekawostek ale tym razem bardziej współczesnych jest fakt, że w mieście można skorzystać z dość wolnego Internetu China Telecom. Jadę dalej do Leshan, miasteczka (3,4 mln) w prowincji Sichuan, słynie z imponującego posągu siedzącego Buddy (Leshan Dafo) - dzieło genialnego bądź też szalonego mnicha budowane przez blisko 90 lat. Ten 71 – metrowy posąg Buddy, wyrzeźbiony w zboczu góry


i zwróconych na zlewisko dwóch rzek, uważany jest za największy posąg Buddy na świecie (ucho Buddy mierzy 7 m, szerokość stopy: 8,5 m, a wielkość paznokcia w dużym palcu u nogi jest porównywalna z blatem stołu: 1,5 m). Drugi co do wielkości był w Afganistanie ale został wysadzony w powietrze przez Talibów. Ten który jest tutaj to rzeczywiście jest ładny, ale to, co się dzieje, żeby go zobaczyć, to przechodzi ludzkie granice. Kolejka do wejścia wynosiła chyba z 200 metrów i przypominała "węża", gdyż ludzie, aby lepiej pomieścić się na małej powierzchni, wchodzili pomiędzy dwie barierki, które wiły się właśnie jak wąż. Mnie jednak udało się uniknąć największego zatłoczenia i dość sprawnie - jak na warunki chińskie – go zobaczyć. Po całonocnej podróży autobusem docieram wreszcie do Lijiang, znajduję wolne miejsca dopiero w hotelu "Red Sun", tuż obok pomnika Mao. Główna atrakcja, to Stare Miasto - światowe dziedzictwo kultury UNESCO.Przetrwało ono trzęsienie ziemi, które zrównało nowoczesne budynki.
   Część z zabytkowych budynków jest odnowiona, jednak najbardziej urokliwe są te uliczki, gdzie nic się nie zmieniło od dawnych czasów. Spacerując wąskimi uliczkami starego miasta czułem się jakbym odbył podróż w czasie. Labirynt wielu brukowanych wąs- kich uliczek, wartkie kanały i stare, drew niane domy, zdecydowanie różnią się od tego co zobaczyć można w nowoczes- nych chińskich miastach. To piękne miasto, którego starówka wpisana jest na listę UNESCO. Na prawdę warto tu przyjechać. Stara część miasta wygląda wręcz bosko, szczególnie w nocy, gdy jest rozświetlana rożnymi lampkami, których światło odbija się również w tafli wody płynących kanałów. Kanały stanowią nie odłączny element starego miasta. W niektórych z nich woda jest tak czysta, że nadaje się do picia. Podświetlone kanały tworzą obraz jak z bajki Nad jednym z kanałów przecinających dzielnicę znajdujemy fajną knajpkę Sakura Restaurant, gdzie jedzenie jest wspaniałe.


Lokalna specjalność, to kanapka Naxi z sera koziego. Jest i pizza i wspaniałe musli. Spotkałem się też z czymś, co mnie przepaliło na wylot. Mowa tu o tajemniczej przyprawie dodawanej do prawie każdej potrawy - siarka smoka wawelskiego przy niej się nie umywa. Teraz już - potrafię zjeść potrawy z tą przyprawą, ale początki były tragiczne! Co ciekawe Chińczycy pytają mnie przy przyrządzaniu potraw, czy chcę na ostro – ja mówię że nie - a te potrawy i tak są przerażająco ostre. Strach myśleć, co to znaczy ostre po chińsku. Następnego dnia postanawiam zobaczyć klasztory buddyjskie więc udałem się do Baishy, po drodze podobno gubiąc jeden klasztor. W samej miejscowości były tylko brzydkie freski i góry, po których chodziły byki. No i jeszcze doktor Ho - najsłynniejszy medyk w tamtych stronach. Poczęstował mnie herbatką swojego wyrobu i zademonstrował artykuły w polskich gazetach - o sobie. Doktor Ho zaczepiał wszystkich nieopatrznie przechodzących koło jego domu, mówiąc: Hello, I'm the famous doctor Ho! Where are you from? Mnie osobiście wydawało się to śmieszne, ale autorka artykułu w jakiejś polskiej gazecie była pod ogromnym wrażeniem osoby pana Ho. Artykuł w każdym razie był bardzo pochlebny. A może to przez te ziółka doktora, których jednym ze składników była niewątpliwie "marycha". Potem postanowiłem udać się do słynnego drzewa, celu wielu wycieczek. Drzewo jest podobno ładne, ale ja nie zauważyłem. Następny dzień to atak na wąwóz Tiger Leaping Gorge. Jest rzeczywiście ciekawym miejsce w tym regionie. To dość długi około 20 km, wąski kanion rzeki Jangcy, gdzie są jej trzy przewężenia - gardziele. Do każdego z nich można zejść i popatrzeć. Do pierwszej gardzieli prowadzi asfaltowa droga, w związku z czym Chińczyków tam mnóstwo. Dalej drogę dopiero budują, więc nie wszyscy się tam pchają. Przy wjeździe do parku, gdzie mieścił się szlak kupiłem bilet i rozkoszowałem się widokiem wzburzonej wody. Chodziłem po poletkach skalnych, po drodze wodospady i w końcu mało ludzi. Wycisk niesamowity, zwłaszcza przy wchodzeniu na górę. Wycieczka wspaniała. Na wieczór wróciłem do Lijang


Pośród szumiących kanałów i labiryntów wąskich uliczek można znaleźć niezliczone knajpki o niepowtarzalnym klimacie. Wizytówka miasta jest Park Stawu Czarnego Smoka oraz..te Wielkie Koła stanowiące dokument przeszłości. Służyły one, a może czasami i teraz służą, do czerpania wody i zasilania rur doprowadzających wodę do specjalnych zbiorników, z których jest ona dalej rozprowadzana do poszczególnych jej odbiorców. I w tym miejscu trzeba przyznać Chińczykom prawo do jakościowo lepszego wykonania tych i tego typu urządzeń niż spotykałem w innych miejscach na świecie. Ta część Chin w niewielkim stopniu przypomina wschodnią, rozwiniętą część kraju, pognębiona widmem budownictwa, przemysłu i przeludnienia.
Dumą prowincji Yunnan jest oprócz Lijiang również i drugie stare miasteczko Dali choć tak naprawdę oba nie odstają od chińskiego schematu.
Kupuję bilet na autobus do Dali. Droga okazuje się dobra jak na ten kraj i po 3 godzinach jestem na miejscu. Jest tam dość dużo białych turystów i sporo guesthousów, oferujących przyzwoity nocleg za 10 Juanów. Miasto, choć nie tak piękne jak Lijiang, to jednak ma sporo atrakcji. Przede wszystkim jest miastem mniejszości narodowych. Można tu spotkać wielu ludzi w pięknych strojach regionalnych. Ciekawe są bramy miejskie. Na jednej z nich spotykam interesujących staruszków. Niestety po zmierzchu bramy są oświetlane.... jarzeniówkami, najczęściej w czerwonym kolorze. Dali, to trochę kurort bo od zachodniej strony przylegają czterotysięczne góry, od południowego-wschodu Jezioro w Kształcie Ucha. Położenie niczego sobie, choć do brzegu jeziora jest 5-7 km, do gór 2-3 km. Świątynia Trzech Pagód, pobliskie jezioro Erhai Hu i górskie świątynie w Cang Shan to miejsca w których tłumy pielgrzymów spędzają czas podczas słynnego ma całe Chiny Festiwalu Trzeciego Księżyca. Świątynia Trzech Pagód została wzniesiona w IX wieku i należą do najstarszych zachowanych budowli w południowo-zachodnich Chinach.


Każda z tych Pagód wchodząca w skład kompleksu Świątyni ma nieco odmienną architekturę ale w całości stanowią one pełną harmonię stylu.
pozostać w zadumie nad historią. W czasie moje podróży tak mało jest miejsca na takie zatrzymanie się i oddaniu refleksji mijającego czasu. Ale tutaj nie mogłem sobie tego odmówić, ponieważ miejsce jest to jak najbardziej odpowiednie.


Odbyłem również wycieczkę do świątyni Zhonghe. Wejście jest dość męczące, bo trasa jest śliska i zajmuje około 1,5 h. Droga jest jednak ciekawa, bo wiedzie min. przez cmentarz. Można również wjechać wyciągiem krzesełkowym ale to nie atrakcja. Sama świątynia jest imponująca, a niedaleko jest również Cloud Road, wiodąca przez wodospady, z niesamowitymi widokami na jezioro i niebezpiecznymi punktami widokowymi. Po powrocie do Dali postanawiam trochę połazić po samym mieści i zaczynam od.. knajpek. Mnie najbardziej przypadła do gustu Tibetan Cafe ponieważ można tu spotkać wielu białych. Dali pełne jest starych uliczek z tradycyjnymi chińskimi domami. W tych mniejszych, bocznych, wolnych od sklepów z pamiątkami, do których docierają tylko zbłąkani turyści, toczy się spokojne życie. Staruszki w lokalnych strojach, szczerząc swe czarne zęby, uciekają sprzed obiektywów, ale panowie grający na chodnikach w szachy cierpliwie pozwalają się fotografować. W jednym z zaułków odkrywamy warsztat niemal ślepego introligatora. Zbliża nos do blatu stolika, ale to raczej sprawne, widzące więcej niż oczy dłonie, pozwalają mu precyzyjnie przycinać kartki. Fotografuję go bardzo ostrożnie, niemal bezgłośnie, ale moją obecność zdradza szczekający zajadle pies. Mężczyzna odrywa się od pracy, kierując w moją stronę niewidzące, schowane za grubymi jak denka od słoików szkłami oczy i jestem pewni, że mnie nie widzi, ale czuje. Robi się niespokojny więc pozostawiam go czując się niezręcznie, przyłapany w ten sposób. Następnego dnia jadę statkiem na Wase Market - targ w jednej z pobliskiej miejscowości nad jeziorem. Na targu można kupić wszystko co niezbędne do życia. Powędrowałem z ciekawości na peryferia: jeden chaos - mieszanina starej, rozpadającej się architektury z chińską komuną - prostokątne domy wykładane brudnymi i popękanym pseudo tynkiem i brudne szyby - koszmar. To też warto było zobaczyć. Podróż przez Yunnan to przede wszystkim podróż przez herbaciane, słoneczne wzgórza. Poszłoby się w taką herbacianą alejkę, choćby do nikąd. Yunnan jest piękny, zielony, pachnący, ale rozcięty drapieżną, nowoczesną autostradą, której trzecią część stanowią tunele i mosty. A w środku generalnie pusto. Widać, że powoli zostają poprawiane drogi komunikacyjne w tym regionie.
   Zgiełk dużych miast jest nieco męczący. Na szczęście w Chinach są miejsca, w których można odpocząć. Należy do nich małe Yang Shuo - turystyczne miasteczko niedaleko od Guilinu, położone w cudownie zielonej dolinie, otoczonej formacjami skalnymi. Małym busikiem, w którym stłoczonych jest kilkadziesiąt osób, jadę do Yang Shuo. Widzę naocznie jak szybko pop-kultura i macdonaldyzacja przenikają tradycyjne, narodowe zwyczaje. Miasteczko przypomina wielki europejski pub, w którym neonowo lśnią nazwy: Italiano Cafe, Paris Cafe, Brothers Bar.



   Puby i restauracje dostosowane są do tradycji europejskich i amerykańskich zapewne po to, by europejscy turyści czuli się jak u siebie w domu. Ja nie szukamy jednak francuskich śniadań, niemieckiego piwa i amerykańskich steków. W mieście można zjeść dania europejskie, choć często dodawane chińskie przyprawy czynią je mało jadalnymi. Chcę poznać autentyczne, stare Chiny, nie skażone wpływami obcymi. Hałaśliwe knajpy, rockowa muzyka - trochę jak u nas. Obiadu z "woka" na ulicy nie da się porównać z żadnym kotletem. Tylko ja nie mogę się przełamać i z brudnych, ulicznych jadłodajni uciekam jak najszybciej. Wrażliwym i wymagającym turystom nie polecam tradycyjnego chińskiego sposobu konsumpcji z pluciem na ziemię włącznie. Wypożyczam rower i wyruszam w trasę. Okolica ma wspaniałe krajobrazy, które można oglądać z siodełka rowerowego.

      

Do najciekawszych miejsc należą "Moon Hill" - wzgórze o specyficznym kształcie oraz ogromne drzewo "Big Banyan Tree" Sceneria Yang Shuo należy na pewno do najpiękniejszych w Chinach. Charakterystyczne są tu pola ryżowe, z których wyrastają mogoty - kopce wapienne, porośnięte bujnie zielenią. Rustykalny krajobraz w okolicach Yang Shuo Bambusowe koło napędzane przez wodę, służące do nawadniania pobliskich pól ryżowych. Jest i hodowla ryb w okolicy Yang Skuo gdzie można tu samemu złowić rybę, którą następnie przyrządzi kucharz. Warto także wybrać się na przejażdżkę łódką po słynnej rzece Li. Można płynąć z samego miasta, albo dojechać do Xinping i dalej stamtąd przepłynąć najciekawszy odcinek Ta wycieczka to dobrze wydane pieniądze.


Gdy po deszczu z mgły wydobywają się ostańce i czuję się, jakbym przeniósł się do staro chińskiego obrazu. Krajobraz nad rzeką wielokrotnie opiewany przez poetów to właśnie te prawdziwe Chiny, które chciałem obejrzeć. Niepowtarzalne piękno i harmonia tego miejsca stały się natchnieniem dla pokoleń poetów i malarzy chińskich. Te formacje wapienne, ogromne i dziwnie ukształtowane jaskinie tworzyły się przez podziemne strumienie i erozje na przeciągu miliona lat. Jutro wyjazd w dalszą drogę do Państwa Mgieł i Chmur czyli Chiny południowo-zachodnich. Prowincja Syczuan to region kontrastów rosnących w oczach, koszmarnych milionowych miast z ciszą buddyjskich klasztorów zawieszonych między skałą a niebem. Po drodze na szczyt świętej góry Emei Shan mijam liczne klasztory, które nie zostały zniszczone w czasie rewolucji kulturalnej ze względu na wysokie położenie.


Można tam przenocować lub tylko zatrzymać się na krótki postój wraz z innymi pielgrzymami. Wspinaczka na Emei Shan zajmuje najczęściej dwa dni, ale dla pielgrzymujących buddystów ta droga może zamienić się w pielgrzymkę trwającą nawet tydzień. Starsze kobiety wnoszone są (i jeszcze częściej znoszone) na ramionach młodych mężczyzn a tragarze oferują swe usługi wzdłuż wszystkich szlaków prowadzących na wierzchołek. Oprócz pielgrzymów, na świętą górę wychodzą (lub wjeżdżają drogą asfaltową) Chińczycy, dla których góra stanowi cel tylko turystyczny. O wschodzie pozują do zdjęć z wyciągniętą dłonią wskazującą wschodzące słońce. Emei Shan to Miejsce magiczne, Święta Góra buddystów. Ma 3099 metrów wysokości. Na jej stromym, poszarpanym grzbiecie pełnym potężnych urwisk rozlokowało się kilkanaście klasztorów, z czego najstarszy, Wannian Si pochodzi z IX wieku. W nim postanowiłem spędzić noc.


   Nic nie jest w stanie oddać atmosfery tego miejsca. Docieram pod zamkniętą bramę klasztoru. Stukam wielką kołatką aż otwiera się małe drewniane okienko. Uśmiechnięty mnich nic nie rozumie po angielsku. Po polsku również. Na migi pytam o nocleg i jedzenie. Znowu uśmiech. Otwierają się potężne wrota. Ukazuje się kompleks świątynny pełen pięknych drewnianych budynków, pawilonów i ścieżek zadbanego małego parku. Palą się setki kadzideł. Na ścianie „recepcji’ klika zdjęć pokoi w budynkach klasztornych wraz z cenami. Ściany cienkie jak bibułka, bez ogrzewania, toaleta dwa pawilony dalej. Ale boski widok przez niebieskawą szarość mgieł wynagradza wszystko. Parę chwil i klasztor spowija ciemność. Gong na buddyjski posiłek powoduje bezszelestne pojawianie się ciemnych zjaw ustawiających się karnie po ciepły posiłek do klasztornej kuchni buchającej smakowitą parą gotowanego ryżu i warzyw. Każda z postaci trzyma swoją miskę i pałeczki. To żebracy i bezdomni, którzy otrzymują tu darmową strawę. Ustawiam się w kolejce, za parę juanów otrzymuję miskę, pałeczki i „gościnną” porcję. Plus towarzystwo przesympatycznego, łagodnego mnicha - pielgrzyma. Ma słowniczek angielsko-chiński, który własnoręcznie sobie „wyprodukował”. To trochę ułatwia rozmowę. Na zakończenie otrzymuję specyficznie, połyskliwie wygrawerowaną metalową płytkę z wizerunkiem, jeśli dobrze zrozumiałem, matki Buddy. Kłaniamy się sobie nisko i idziemy spać. Chłód wygania mnie przed świtem. Szybki marsz przywraca właściwe krążenie krwi. Schodzę kilkaset metrów w dół do Qingyin Ge, Pawilonu Nieskazitelnego Dźwięku położonego nad dwoma wodospadami, by znów wspinać się milionem stopni wykutych w skale bądź wykonanych z kamienia w stronę świątyni Hongchunping.


Po drodze mijam otwarty rezerwat małp. Są natrętne ale dozorujący teren Chińczycy sprawnie odganiają je bambusowymi kijami. Wspinaczka kamiennymi stopniami jest uciążliwa, ale małpy zostały w cieplejszym rejonie niżej. Zatrzymuję się przy pięknym kamiennym mostku. Zrzucam z pleców plecak i wyciągam aparat i komórkę. Może będzie zasięg. Nie ma więc odchodzę parę kroków, by zrobić zdjęcie. Szelest za moimi plecami. Duża małpa z blizną biegnącą przez pół pyska i brzuch szczerzy w moją stronę pokaźne zęby. Nie wygląda na przyjaźnie nastawioną. Od godziny nie spotkałem w pustych górach żywego ducha. Trudno liczyć na pomoc. A jak mówi chińskie przysłowie: nawet 10 000 ludzi nie poradzi sobie, jeśli stanie im na drodze jedna małpa. Usiłuję się z nią dogadać, ale idzie opornie. Ciągle zmierza w stronę mojego plecaka. Zagradzam jej drogę, ale ta mnie mija i łapie za jedną rączkę. Małpa jest silna i zdeterminowana. Wrzeszczę na nią, ale ona odpowiada tym samym szczerząc żółte kły. Robi się niebezpiecznie. Pamiętając wcześniejszą reakcję małp na kije bambusowe, wyrywam z bocznych uchwytów plecaka kijek trekkingowy i macham w stronę małpy. Ta nic, tylko bardziej się drze i mocniej szarpie plecak! Walnąłem po łapach. Puściła. Ale nie odchodzi! Wyciąga wielkie paluchy po plecak! Macham kijkiem, klnę na głupią małpę jak szewc, zarzucam plecak, sypię jej jakieś małpie żarcie z rezerwatu, ta nic tylko sięga do małej bocznej kieszonki plecaka, łapiąc znów za ucho. Cukierki! Rzucam jej jeden i uciekam w górę. Połyka go i leci za mną. Drugi, i to samo. W biegu rozrywam całą torebkę i rozsypuję po schodach i krzakach. Durna małpa się zatrzymała, a ja co tchu gnam pod stromą górę. Mokry na wylot siadam po jakimś czasie na zimnych schodach. Patrzę czy mam wszystko. Z każdym krokiem robi się zimniej i gęstnieje mgła. Szron pokrywa drzewa i schody. Żywego ducha na trasie. O zmroku docieram do Xianfeng Si na 1752 metrach. Na szczęście mnich zgadza się mnie przenocować w jednym z pokoi. Przy życiu utrzymuje mnie wyłącznie znakomita zielona chińska herbata serwowana w nieograniczonych ilościach przez mnichów. Dogrzewam pokój i herbatkę w kubku świeczką. Rano dalej w górę. Ubywa temperatury a kamienne stopnie robią się bardzo niebezpieczne. Mimo sporych urwisk często wspinam się bokiem ścieżki wybijając butami schody w zmrożonym śniegu. Trochę na czworaka, trochę bokiem docieram do skleconego z drewna szałasiku, gdzie Chińczyk z Chinką mają coś jakby sklepik w knajpce, albo na odwrót. Widząc moje ekwilibrystyczne wyczyny na szlaku proponują, by wspomóc moje wibramowe podeszwy... plecionymi, słomianymi nakładkami na drucikach. I to jest kolejny chiński wynalazek (plus chińskie jedzonko), który ratuje mi życie. Zmęczony docieram do Jieyin Dian, pałacu i świątyni na wysokości 2540. Stąd kursuje na szczyt kolejka linowa. Panienka w kasie tak zawile tłumaczy mi dojście do dolnej stacji kolejki, że po pół godzinie kluczenia pomiędzy świątyniami zatopionymi w gęstej mgle i wspinaczce kolejnymi zamrożonymi schodami orientuję się, że zostawiłem peron gdzieś poważnie poniżej górki, na którą się wspiąłem. Wracać? Nie. Brnę wyżej. Na szczęście gdzieś po drodze dokupiłem kolejny chiński patent: można to nazwać pseudo rakami. Na następnym czerwonym druciku przytwierdzone są do słomkowej podeszwy, przytwierdzonej do podeszwy wibramowej, dwa żeliwne zęby. Działa! Gdybym wiedział, to z Polski zabrałby taternickie raki. Jeszcze trochę wspinaczki i znajduję pusty hotelik, gdzie za mocno utargowaną opłatę dostaję zimny pokoik bez okien. Ale z kocem elektrycznym! Poranne zdobycie Jinding Peak z genialną Świątynią Złocistego Szczytu, Jinding Si, (raczej platynowego szczytu, tak była zamrożona) to już tylko przyjemność.


Znakomite widoki z tego miejsca, w tym dniu były dla mnie wielka rekompensatą za te trudy wspinaczki i walki z głupią małpą. Ale kiedy wspominam swój trekkingu w Tybecie to od razu wszystko przechodzi i jest ok a spokój i cisza klasztorów zagubionych na pięknej Emei Shan, jest wielkim przeżyciem które pozostanie na zawsze w mojej pamięci.


Świątynie na zboczach Emei Shan połączone są długimi betonowymi schodami. Należy pamiętać, że aby wejść trzeba pokonać kilkadziesiąt kilometrów właśnie po schodach. Dla starszych Chińczyków pielgrzymka na tą Górę jest ukoronowaniem ich pragnień ponieważ jest to miejsce szczególnego kultu. Powoli zbliżam się do kresu swojej podróży po Chinach. Teraz kieruje się całkiem na południe kraju. Hongkong – Pachnący Port, to enklawa której nie można pominąć będąc w Chinach. Położony na południowym skrawku Chin, który po wojnach opiumowych trafił w ręce Anglików i co ciekawe nie byli oni na początku zadowolenie ze swojej zdobyczy. Wizytówką Hongkongu jest morze kolorowych reklam i świateł, którymi rozbłyskują gigantyczne drapacze chmur – siedziby firm handlowych i nowoczesnych centr bankowych. Stolica Hongkongu to Victoria mająca 1.4 mln ludności oraz położonego naprzeciwko Kowloon - 9 smoków, z 2.4 mln ludności nawiązuje do otaczających to miasto gór. Jest to miejsce legendarnego już dzisiaj cudu gospodarczego. To zarazem osobliwy skwer starego chińskiego folkloru i stylu życia jaki był przed tysiącami lat. Autentyczne domki z bambusa, ryżowe pola rozciągające się na tarasowych wzgórzach, bambusowe gaje sąsiadujące z monumentalnymi betonowymi centrami wielkiej finansjery. U stóp nowoczesnych wieżowców cumują setki dżonek na których jest targ rybny. Obok owoców morza oferuje także egzotyczne przyprawy i chińskie nowości. Jest to Port Aberdeen. Część życia mieszkańcy Hongkongu spędzają na wodzie bo tutaj wszyscy handlują a miejscowe smakołyki są oferowane wszędzie, zaś na targu Yau ma Tei kupić można chyba najtańsze warzywa i owoce, które grają wszystkimi kolorami. Na tutejszych ulicach nie zobaczysz najmniejszego papierka. Przez cały dzień całe zastępy czyścicieli przy pomocy rozmaitych urządzeń pucują najmniejszy skrawek asfaltu. W urzędach i sklepach wiszą dozowniki z bakteriobójczym płynem do dezynfekcji rąk. Widok biznesmena spieszącego do pracy w maseczce na twarzy nie jest czymś niezwykłym. Za to zakatarzony turysta wywołuje nieskrywane obrzydzenie. Przeko nałam się o tym, podróżując po południowych Chinach. To echo epidemii SARS. Tutaj wszyscy mieszkają i pracują w blokach. Jeśli chcesz zatrzymać się w pensjonacie, prawdopodobnie znajdziesz go na ostatnim piętrze budynku mieszkalnego. Największe drapacze chmur znajdują się na wyspie w dzielnicy Central, siedzibie rządu i banków. W tej części miasta można poczuć się jak na Manhattanie. Mrok zapada wcześnie, gdy tylko słońce skryje się za wierzchołkami budynków. A wtedy wyłania się drugie oblicze miasta: raj zakupoholików. Całe miasto jest wielką strefą wolnocłową, w której można kupić dowolne produkty: ubrania, sprzęt elektroniczny albo turystyczny. Aby odetchnąć od wielkości tego miasta udaję się do tzw. Wioski Sung, będącej żywym skansenem gdzie obyczaje i styl życia jest taki jak przed 1000-lat. Buddyjska Świątynia wydaje się w porównaniu z rozmachem współczesnego Hongkongu zupełnie nierealna. Potem przepływam promem na wyspę Lantan, która położona jest z dala od wielkomiejskich zgiełków i zachowała pierwotny charakter swojej dziewiczej przyrody a z tutejszych buddyjskich klasztorów emanuje nieziemski wręcz spokój. Zamiast wysokościowców wznoszą się góry, a zamiast ulic teren rozcinają doliny. Po tym wymarzonym relaksie w ciszy i cieniu posągu Buddy udaje się specjalna kolejką Peak Train na Wzgórze Victorii. Czerwone wagoniki w ciągu 8-minut przenoszą mnie na wysokość 397 m.n.p.m.. Wyżej do wysokości 550 m.n.p.m. wiedzie już tylko piesza ścieżka. Ale najciekawsza sprawą tej 8-minutowej podróży jest możliwość zobaczenia ukrytych pośród drzew wspaniałych rezydencji milionerów. W oddali widać również utrzymany w stylu kolonialno-orientalnym pałac brytyjskiego gubernatora. Na urok Hongkongu składa się wiele elementów a jednym z nich jest połączenie chińskich cnót z kapitalistycznymi regułami i takim samym stylem życia. Nigdzie na świecie nie jeździ więcej samochodów marki Rolls-Royce i równie nie ma nigdzie więcej tak wielu bogaczy którzy afiszują się swoim majątkiem.


Na specyficzny charakter tej enklawy składają się też tysiące knajpek, ulicznych garkuchni w których warto spróbować pyszne dim-som tj. maleńkie pierożki nadziewane farszem z mięsa lub warzyw, oraz targowiska. Małe budki i stragany stoją obok ogromnych chińskich restauracji w których kelnerki używają walkie-talkie. Biznesmeni mijają w pospiechu staruszków, którzy spacerują z kanarkami w klatkach. Szef kuchni z New York do przygotowania francuskich potraw używa tajlandzkich ziół a szwajcarscy hotelarze obsługują gości w białych rękawiczkach, luksusowe hotele owiewane są dymem kadzideł świątyń z którymi sąsiaduje. Hongkong to praktycznie największy na świecie sklep ponieważ życie pulsuje tu przez całą dobę i jest to prawdziwy raj dla miłośników zakupów z tym że na konkretne zakupy trzeba udać się do Hongkong Convetion and Exhibition, zaś na zakup upominków trzeba udać się do wielkich domów towarowych przy Nathan Road i Hollywood Road. Jednak najdrożej jak na Hong Kong Place w dzielnicy East w Kowloonie gdzie przepychem kusi 127 eleganckich sklepów. Można tutaj kupić markowe wyroby światowych dyktatorów mody a także najlepszych producentów sprzętu elektronicznego.







   Wieczorem wszędzie promocje! A teraz mała ciekawostka; można sobie zamówić uszycie garnituru i po kilku godzinach już w nim chodzić i co ciekawe to bez żadnej przymiarki. Jest to salom mody Mister Soonga, gdzie sam mistrz krawiecki osobiście wita klientów, częstuje filiżanka herbaty i jak przystało na chińczyków rozmawia o rodzinie i polityce a następnie pokazuje kilkaset próbek materiałów. Jest taki zwyczaj, który należy do dobrego tonu, że przy zakupach trzeba koniecznie się targować bo wtenczas sprzedawca czuje że ma do czynienia z osobą ceniącą swoją wartość i wie ile realnie może zapłacić za oferowany towar. Przy zakupach szlachetnych kamieni należy uważać na oszustów. Sklepy uczciwych jubilerów oznaczone są czerwoną dżonką. Wśród zgiełku aut normalnym widokiem są riksze, którymi jak przed laty przewozi się ludzi oraz towary. W jednym z najsławniejszych centrów biurowych świata ceny za usługi gastronomiczne są, o dziwo, znacznie niższe niż w zatęchłym Kowloon! Mój nos przyzwyczajał się powoli do nowych nieznanych dla Europejczyka zapachów. Jest to mieszanina zgniłych ryb, płynów do klimatyzatorów, wydzielin tysięcy taksówek i autobusów oraz chińskich fast food-ów. Przed żarem płynącym z nieba nad tą częścią Pacyfiku szukam schronienia w Parku Kowloon mieszczącym się - jak się okazało później - w dzielnicy slumsów. Tam też obserwuję budynki, w których, co ciekawe rury kanalizacyjne są na zewnątrz, a mieszkańcy dekorują ich fasady wypraną bielizną. Wracając szukam chłodu w podziemnym parkingu, który okazuje się... bramą na cmentarz. Warto też zazna- czyć, że wygląda on zgoła inaczej niż nasz tradycyjny - bloki z urnami i inne atrakcje, co jeszcze raz ukazuje mi maksymalne wykorzystanie przestrzeni. Spaceruję po stromych uliczkach. Nagle nad głowami wyrasta tłum skaczących rytmicznie za szkłem ludzi. Okazuje się, że stoję przed siłownią mieszczącą się w dużym centrum handlowym. To chiński sposób na uprawianie kulturystyki. Bieżnie i urządzenia ustawione są blisko siebie, zapewne ze względu na deficyt przestrzeni. Hongkong to miasto magiczne gdzie największym źródłem bogactwa jest handel a dziewczyny są oprócz swojej piękności również bardzo miłe i sexowne.


Nowoczesność miesza się z tradycją w niepowtarzalny sposób. W cieniu drapaczy chmur można znaleźć kolorowe chińskie targowiska, uliczne jadłodajnie z wystawami obwieszonymi pieczonym mięsiwem i 600-letnie, pachnące kadzidłami świątynie. Wystarczy przejechać kilka przystanków miejskim autobusem, by po drugiej stronie wyspy znaleźć zaciszne plaże i porty pełne malowniczych dżonek, na których mieszkają całe rodziny rybaków. Po 45 minutach jazdy katamaranem z napędem odrzutowym z Hongkongu dopływam do Macao azjatyckiej stolicy hazardu. Pierwszy widok to skośnoocy biznesmeni i komunistyczni dygnitarze mieszają się w tłumie z japońskimi i tajwańskimi turystami. Miasto to leży na skraju lądu wydzierżawionego kiedyś od Chin i przez 400 lat rządzili tam Portugalczycy. Tłumek biznesmenów wymieszany turystami mierzy głównie w tabliczki z napisami „casino” lub „sex-bar”, łapczywie rozglądając się dookoła. Bo korytarze to królestwo azjatyckich prostytutek dyskretnie sunących po miękkich dywanach i oferujących pełny wachlarz skośnookiej urody, natomiast na górnym piętrze paryskie striptizerki pokazują wszystko stojąc, pijąc drinki i paląc ciemne, cienkie papierosy przy barach szeroko otwartych na facetów w białych koszulach i krawatach. „Lisboa” – hotel i kasyno.


Centrum życia nocnego w Macau. Podjazd, to kostka brukowa, girlandy kwiatów i świateł, boy w liberii i fantazyjnym kapeluszu. Złote obrotowe drzwi zapraszają do chłonięcia przepychu holu ozdobionego marynistycznymi elementami. Obrazy i wielkie makiety statków żaglowych atakują swym bogactwem. Potężny, bajecznie roziskrzony żyrandol rozświetla każdy szczegół imponującego wnętrza, aż po szczyt szerokich, usłanych purpurowym chodnikiem schodów. Korytarze biegnące w głąb hotelu rozgałęziają się, tworząc błyszczący labirynt restauracyjek, barów, sklepików i kasyn. Wszystko doskonale oznakowane podświetlonymi kierunkowskazami, jak na wielkomiejskim skrzyżowaniu z filmu s-fiction. Stosunki pomiędzy 3-tysiącami Portugalczyków a 10-tysiacami mieszanej rasy mieszkańców Macau żyjącymi wśród prawie 450-tysiecy Chińczyków są pokojowe. Jednak przestrzeganie prawa to zupełnie co innego, gangsterzy zajmują najlepsze miejsca w barach i jeżdżą drogimi europejskimi samochodami. Bogacą się zarządzając w kasynach eleganckimi gabinetami dla ważnych osobistości i zapewniając rozrywki zagranicznym graczom, także przybyłym z Chin nowobogackim. Zbudowany w latach 40-tych Hotel Lisboa znany jest z najstarszego w Macao kasyna gry. Prawdziwe życie zaczyna się dopiero pod koniec tygodnia i dopiero wtenczas czuje się i widać, że tempo życia i rozrywek nabiera odpowiedniego dla siebie rozmachu stając się prawdziwym azjatyckim Las Vegas, w którym można odwiedzić 9 kasyn obsługujących przez ponad 6000 krupierów i pracowników ochrony. Wszędzie słychać brzęk żetonów i szelest kart. Chociaż jestem przeciwnikiem hazardu to jednak nie mogłem sobie odmówić postawienia pieniędzy w partyjce egzotycznego madżonga a także w innych chińskich grach jak: fan tan i da i sui. Widziałem bogaczy stawiających pół miliona $ w jednej partii bakarata. Pierwsze moje wejście do tej „jaskini hazardu i rozpusty” skończyło się już po kwadransie. Oszołomiony gwarem, ruchem, światłami i mnogością wrażeń innych zostałem, równie szybko jak pochłonięty głównym wejściem, tak samo prędko wyjściem. Zostało tylko dziwne nie dające o sobie zapomnieć wrażenie chęci powrotu. Macau, była kolonia portugalska, obecnie jest to część Chin o dziwnym statusie, z którego do ostatniego punktu wyprawy, Hong Kongu, był tylko rzut chińskim beretem, czyli ekspresowym katamaranem. Kolonialna architektura kontrastująca z buddyjskimi świątyniami a wielkomiejska zabudowa z plażami wysp Coloane i Taipa dawały zapowiedź czegoś wyjątkowego. Szok, który spowodowała u mnie na powitanie ściana kilkudziesięciopiętrowych, nie pierwszej świeżości wieżowców, zdecydowanie zneutralizowało kończące szereg wysp Morze Południowo-Chińskie. Radość dotarcia do najbardziej na południe wysuniętego cypla Coloane, czyli plaży de Cheoc Van, i wyciągnięcia się na jasno-brunatnej, piaszczystej plaży w temperaturze ponad 20 stopni Celsjusza była nie do opisania. Długo stukałem się w czoło, nie bardzo wierząc w to, gdzie dotarłem, jak i z powodu całego towarzystwa, jakie tu zastałem: morze, fale, piasek i ja. I chińskie napisy wyryte na nadmorskich skałach. Nieprawdopodobna przyjemność ciszy i pustki. Niewielka pousada, której przez cały 3 dni byłem jedynym gościem, oferowała takie dawno już zapomniane frykasy jak ciepłe, chrupiące bułeczki z prawdziwym zwykłym masłem i jajka sadzone na boczku! Po wszystkich chińskich kuchniach, powrót do starej Europy okazał się nad wyraz smakowity, tym bardziej, że codziennie rano przed godziną ósmą pod przeszklonym, co za widok na morze!, budynkiem restauracyjki pensjonatu pojawiał się kelner, przebierał się w swój czarno-biały uniform z lekko rozpiętą pod szyją, wyrażającą niedbały luz południowca, nieskazitelnie białą koszulą i serwował w pustej sali nakrytej białymi obrusami, pełną zastawą oraz kieliszkami do wina i wody moje śniadanie, puszczając dekadencko-kolonialną muzykę ze swojego ulubionego, pirackiego CD. Po sprzątnięciu ze stołu, zakończonego rytualnym uśmiechem i pytaniem: „Jak smakowało Panu śniadanie?” przebierał się w cywilne ubranie i mówiąc „adeus” znikał pomiędzy bujną roślinnością na ścieżce prowadzącej do pobliskiej wioski. To może dziwne, ale w Macau można odpocząć po zgiełku wielkiego Hongkongu. W końcu jest tu parę milionów ludzi mniej. Łagodny wiatr od morza ułatwia piesze wycieczki po mieście. Macau jest położone w otoczonej niewielkimi górami kotlinie, co sprawia, że jedyny wiatr, jaki tam występuje, pochodzi z klimatyzatorów. Na początku nie mogłem się przyzwyczaić do gorąca - co chwilę wchodziłem do sklepów, żeby się nieco ochłodzić. Z kolonii na kolonię - czyli z brytyjskiego (niegdyś) Hongkongu na portugalskie (kiedyś) Makao. Choć jeździ się tutaj, podobnie jak w Hongkongu, czyli lewą stroną, to jest tu zupełnie inaczej. Ruszam więc w trasę. Macau nie jest duże, dlatego łatwo poruszać się tu pieszo, zwłaszcza, że ulice są tu znacznie lepiej oznakowane niż w Hongkongu. Wszystkie zabytki można obejrzeć w ciągu jednego dnia. Co więcej - można je dokładnie opisać. Piękna kaplica Lady de Guia, w której na naściennych freskach motywy zachodnie łączą się z symboliką Wschodu, Fortaleza de Monte z siedemnastowiecznymi armatami i pozostałości katedry św. Pawła to najpiękniejsze miejsca, jakie odwiedziłem w Macau. Odpoczywałem w ogrodzie Luisa de Camoesa, w którym na trawie rosły takie kwiaty, jakie u nas w doniczkach, a hibiscus to najpopularniejszy rodzaj żywopłotu. Trafiłem też na stary cmentarz katolicki, na którym najbardziej wzruszyły mnie groby dzieci - z rzędami maskotek i zabawek. Wieczorem na murach palone są kadzidła i kolorowe bibułki, prawdopodobnie na cześć zmarłych. Duchom przodków pod domowymi kapliczkami rozstawiane są ofiary w postaci owoców, ciastek i orzechów, w które wtykane są wonne kadzidełka Ciekawie wręcza się tu kwiaty - bukiety na kolorowych tablicach z wypisaną dedykacją i imieniem obdarowanego stawia się przed budynkiem, aby wszyscy wiedzieli, kto komu daje kwiaty. Wyjaśnia mnie to spotkany Chińczyk, pomagając przedostać się do jedynej tu kawiarni internetowej, w której i tak nikt nie korzysta z Internetu, a wszyscy grają w gry typu "zabili go i uciekł, bo ma jeszcze dwa życia". W tej portugalskiej enklawie o powierzchni zaledwie 16 km2 kiedy pierwsze skrzypce kiedyś w mieście grali portugalscy jezuici pozostawili liczne kościoły i budynki w stylu kolonialnym a fasada Kościoła Św. Pawła z XVII wieku jest tego naocznym przykładem. Odcisk portugalskiej przeszłości można dostrzec także w architekturze potężnych fortyfikacji, które broniły miasta przed atakami chińskich piratów. Najgłośniejszy Cheung Po Tai dowodził aż 250 dżonkami i 16000 żądnych krwi i portugalskich bogactw napastników. O związkach miasta zamieszkanego w 95 % przez osoby narodowości Han z Chinami przypomina ogromna Świątynia Kulam zbudowana ponad 600-lat temu. Jej skośne daszki i czerwona kolorystyka ścian jednoznacznie wskazuje że jesteśmy w Azji tyle, ze odrobinka portugalskiej politury. Nawet w nowoczesnych osiedlach pozostawiono elementy starej architektury przypominającej czasy chińskich cesarzy. W centralnej części starego Macao dominują niewielkie sklepy i chińskie jadłodajnie ale również można zjeść najlepsze portugalskie dania czego przykładem nie będzie bacalahu czyli dorsz przyrządzany na kilkaset sposobów, zupa caloverde oraz królik na słodko a miłośnicy Wschodu mogą zjeść wyśmienitą zupę z rekina. Mieszanka Zachodu i Wschodu – znajdujące się pod portugalska administracją Macau, stał się domem kilku najbardziej pobożnych świętych i największych grzeszników. Kiedyś miasto było małą rybacką wioską na chińskim wybrzeżu.


Poza zasięgiem wzroku cesarza, Portugalczycy zagarnęli to oddalone o 2500 km od Pekinu dwie wyspy i mały półwysep u ujścia Rzeki Perłowej. Gdy okręty portugalskie przepędziły z okolicznych wód chińskie statki pirackie, lokalne władze roztropnie wydały cudzoziemcom pozwolenia na pobyt i tak się zaczęło. Siłą napędową europejskich podbojów była też religia. W kaplicy kościoła Św. Józefa na srebrnym cokole jest najcenniejszy skarb Macau – relikwie kości ramieniowej Św. Franciszka Ksawerego. Był On czczony jako Apostoł Wschodu. Kiedy zwiedzałem stary cmentarz protestancki czuło się jak wyniosłe piękne drzewa ocieniają 150 grobów zmarłych w XVII i XIX wieku Brytyjczyków i amerykanów. Przystanąłem by odczytać napisy na nagrobkach żeglarzy, dyplomatów, misjonarzy, handlarzy opium, uczonych, artystów i żołnierzy, którzy teraz spoczywają w pokoju, powaleni przez wroga, morze, starość i choroby. Ich wzruszające losy są częścią dziejów trwającego 5-stuleci europejskiego podboju Azji. Macau podobnie jak Hongkong jest rządzone zgodnie z formułą; jeden kraj, dwa systemy tj. zachowując zachodnią gospodarkę i system prawny. To urokliwe miasto, które pomogło tak bardzo ukształtować ówczesny świat jest dziś wielką aglomeracją drapaczy chmur, rozrzuconych na wzgórzach kościołach i fortach. W ten oto sposób dotarłem szczęśliwie do kresu moje podróży po Chinach, państwa który zawsze mnie fascynowało pomimo, że w swoim życiu tak wiele zwiedziłem regionów naszej Ziemi. Na zakończenie mojego pobytu w tym pięknym kraju o tak odmiennej kulturze i sposobie myślenia ludzi w nim żyjących, chciałbym podzielić się refleksjami, które powstały ze wszystkich spostrzeżeń i innych zjawisk, które dane mi było zauważyć i przeżyć. Jeśli ktoś pojedzie tylko do Pekinu, to tak naprawdę nie pozna Chin, ponieważ Pekin to państwo w państwie. Starsze pokolenie Chińczyków, szczególnie ta część delikatnie mówiąc mniej wykształcona, manierami bardzo odbiega od ogólnie przyjętych standardów. Zupełnie nie przeszkadza im śmiecenie wokół siebie, kiedy na wyciągnięcie ręki jest kosz na śmieci. Ale najgorsze jest smarkanie w palce i plucie gdzie popadnie. Właściwie to nawet nie plucie, ale charkanie, takie długie i przeciągłe, jakby powiedzieli niektórzy: „spod samego serca”. Choć nie jestem jakiś szczególnie wrażliwy, to proceder ten w wykonaniu na masową skalę, przez wszystkich bez wyjątku, bez względu na płeć, wiek i miejsce, na przykład przy jedzeniu, czy w świątyni lamajskiej, zwala nóg. Pamiętam jak na dworcu w Shanghaju usiadła koło mnie pewna pani w wieku około czterdziestu lat. Elegancko ubrana i zadbana. W pewnym momencie zaczęła charczeć, tak długo i solidnie, z pełną tonacją bulgotania i na końcu siarczyście splunęła. Na szczęście w chusteczkę, a nie mi pod nogi. Władze komunistyczne walczą z tym nawykiem już od lat 50-tych XX wieku, wszędzie widać plakaty, że to niekulturalne, niehigieniczne itd. Ale jak to w komunizmie, władza swoje, a ludzie swoje. Tak samo jest z hałasem; wszędzie są porozwieszane plakaty i tablice. Ale jak tu walczyć, skoro dźwięk klaksonu mojego nowego auta tak pięknie i melodyjnie brzmi na tle innych, pośród zgiełków wielkiego i prężnie rozwijającego się miasta? Przewodniczki prowadząc grupę zwiedzających, turystów, używają megafonów i jeśli zdarzy się, że trzy takie grupy spotkają się w jednym miejscu, to panie te zaczynają się przekrzykiwać nawzajem przez megafony. Hałas jest po prostu wszędzie, a Chińczycy mają chyba podniesiony próg odporności na wszelki jazgot (odwrotnie niż z alkoholem). Może naprawdę człowieka solidnie rozboleć głowa, choć na to też nie jestem niby szczególnie wrażliwy. Właściwie najmniej drażliwym chińskim zwyczajem jest to, że wszyscy chcą Ci wszystko sprzedać. Począwszy od podróbek rolexów i płyt DVD. Jeśli po raz piętnasty w ciągu dziesięciu minut słyszysz „helo maj flent, luka, łoczy, lolex, zely cip” to zaczyna się białko ścinać. Odpowiadasz mechanicznie „sje, sje bujao” co znaczy „dziękuję nie chcę” na co on z kolei „luka, luka mista, CD, DVD”– odmawiasz i…..dwa metry dalej sytuacja się powtarza. Faceci stoją szpalerem wzdłuż chodnika i widzą, że odmawiasz każdemu, a i tak podchodzą następni. Każdego roku rozmaite grupy etniczne obchodzą około czterystu różnych świąt ludowych, istnieje więc spora szansa, iż choć w jednym z uda Ci się uczestniczyć. Mieszkańcy wiosek kultywują ciekawe tradycje swoich przodków. Kobiety z jednej z podgrup mniejszości Miao gromadzą włosy swoich przodkiń i używają ich do wykonania świątecznej fryzury o niebotycznych rozmiarów koków. W wielu wioskach tradycyjnymi metodami barwi się tekstylia. Hafty wykonywane przez kobiety z wielu mniejszości zadziwiają precyzją, żywymi kolorami i mityczną tematyką. Warto odwiedzić również wioski zamieszkane przez potomków Chińczyków Han, którzy przybyli na te tereny w czasach dynastii Ming i do czasów współczesnych zachowali niektóre zwyczaje z tamtej epoki. Przejazd chińskim pociągiem najtańszej klasy nawet na średnim, jak na Chiny dystansie, to przygoda sama w sobie. Przygoda z powodzeniem przyćmiewająca wrażenia po wizycie w Zakazanym Mieście, spacerze po Chińskim Murze czy zobaczeniu na własne oczy Terakotowej Armii. Podróż pociągiem stwarza niepowtarzalną możliwość bezpośredniego kontaktu z mieszkańcami kraju smoka i czerwonej flagi oraz ich nierzadko szokującymi zwyczajami. Tłum niecierpliwych Chińczyków powoli wylewać się na peron. Skośnookie, atrakcyjne panie bileterki z Chińskich Kolei Państwowych próbują zapanować nad rozedrganą, pulsującą masą. Z wysokości moich 178 cm widzę wszystko dokładnie. Każdy pasażer przed wejściem na peron musi okazać bilet, jednak jest to formalność z góry skazana na niepowodzenie. Tłum napiera niemiłosiernie, wciskając nieszczęśników w betonowa ścianę lub pchając ich na metalowe ogrodzenie. Porównując zachowanie kibiców z polskich stadionów to muszę przyznać, że są Oni dżentelmeni i mistrzowie kurtuazji w porównaniu z tłumem fanatycznych pasażerów chińskiej kolei. Krzyki, przekleństwa, posapywania. Gdzieniegdzie dochodzi do przepychane i słownych pojedynków. Atmosfera jest naprawdę gorąca a pociąg przypomina prawdziwą rzeźnię.


Ciekawostką jest sam "proces" wsiadania do pociągu. Po przyjeździe pociągu na peron, bramki się otwierają i wszyscy w szaleńczym pędzie biegną do pociągu - tam kolejny bój o wejście do wagonu, a jak i ta sztuka się uda, to czeka nas kolejne starcie tym razem o miejsce siedzące, gdyż klasa hard seater charakteryzuje się tym, że nie ma miejscówek. W samym pociągu jest też dość klimatycznie - co chwila przejeżdżają środkiem wózki z różnym jedzeniem lub piciem, połowa Chińczyków pali papierosy, a druga połowa charczy i pluje na podłogę, choć widok młodej i ładnej dziewczyny odchrząkującej i spluwającej trochę mnie zaskoczył! W środku kłębi się tłum pasażerów, którzy stoją przez całe godziny podróży. W środku panuje straszny zaduch, na podłodze wyrasta warstwa śmieci, siedzenia kleją się do pośladków. Zawsze dostępna jest gorąca woda w termosach. Wielu Chińczyków ma ze sobą specjalne słoiczki na herbatę. W pewnym momencie wybucha bójka o miejsce do siedzenia. Można przysnąć tylko na chwilę i z utęsknieniem czekać na koniec tej męki. Gdy wysiadam tłum rusza, aby zająć moje miejsca a 40-50 letnia kobieta z dużą zręcznością wskakuje przez okno. Osoby, które wydostały się na peron nie tracą czasu. W przypadku przesiadek do innego pociągu scenariusz jest zawsze ten sam; pasażerowie ściskając tobołki, walizy, dzieci i nieodłączne słoiczki z zaparzoną zieloną herbatą walą w kierunku najbliższego wejścia do wagonu w którym mają dalej jechać. Im bliżej do wejścia tym ruch odbywa się nie tyle za pomocą nóg a wbijanych łokci. W tej grze nie ma litości bo stawka jest wysoka i warta poświęceń; jest nią miejsce siedzące w pociągu. Wracając jeszcze na peron - tam właśnie spotkałem się po raz pierwszy z "segregacją ludzi". Bardziej wpływowi obywatele wchodzą na peron do specjalnego sektora i tam spokojnie bez pospiechu oczekują na przyjazd pociągu po czym spokojnie bez żadnego przepychania wchodzą do specjalnego wagonu w którym jest już zapewnione dla nich miejsc siedzące. Natomiast Chińscy kierowcy autobusów się tutaj marnują i powinni jeździć w formule 1? Jak nie, to właśnie tak się powinno stać. Jadąc z Panzihua do Lijiang, nasz kierowca przechodził sam siebie - wyprzedzał na zakrętach, na których nie było barierek, a przepaść miała ok 1km, jazda na trzeciego to też żadna nowość... w efekcie końcowym byliśmy 15 minut przed planowym czasem, a w międzyczasie była 30 minutowa przerwa na obiad! Oni są niesamowici...Podróżowanie po ulicy rowerem to przeżycie samo w sobie zwłaszcza że otacza mnie tysiące innych rowerzystów i tyleż samo dzwonków rowerowych. Jazda, to uczucie, które trzeba po prostu przeżyć. Żadnych znaków drogowych, jedyna zasada - jechać do przodu. Chiński ruch uliczny opiera się na zasadzie spontaniczności: kto pierwszy - ten lepszy, kto silniejszy - ten jedzie. Na samym początku pobytu w Chinach bardzo dziwnym był dla mnie widok 10-ciu osób w danym miejscu wykonujących na skwerkach magiczne ruchy. Jak się później dowiedziałem, nie były to żadne czary lecz tradycyjna relaksacyjna gimnastyka bo chińczycy wierzą, że trzeba regularnie ćwiczyć by odblokować energie życia qi. Są to ćwiczenia określane mianem: dzikich gęsi, żurawiem. Miałem również okazję zobaczyć ćwiczenia Tai-Chi, które trenują wcześnie rano oraz tuż po zachodzie słońca wiedząc, że poprawia do nie tylko stan ciała ale i ducha. Poza tym widziałem ich czyli ćwiczenia z mieczami, czy mistrza ćwiczeń z wachlarzem. Ale to nie wszystko; bowiem niedaleko głównego placu w mieście wielu starszych ludzi ustawia klatki z kanarkami, inni uczą się tańczyć lub grają w badmintona. Rewelacyjne były też zakupy w sklepach bynajmniej nie samoobsługowych, a mistrzostwem świata były zakupy na rynku. Ból rąk po zakupach potęgował zapotrzebowanie na owoce. Warto tu dodać, że na chińskim rynku nikt nie wie co to kilogram, a o znajomości na samym targu innych języków niż chiński nie wspomnę. Mimo to zakupy te były jedną z największych atrakcji. Chińczycy mawiają; że sprzedawca ma prawo proponować cenę do nieba, a kupujący do ziemi W wyniku długiej dyskusji następuje zazwyczaj kompromis, czyli cięcie brzucha. Jeśli cena zostanie raz uzgodniona nie można się wycofać. Bywa, że kobiety dorzucają sobie jeszcze do koszyka kilka gratisowych sztuk, czego mężczyznom jednak czynić nie wypada. Kiedy odwiedziłem wielki bazar pod dachem, gdzie trzy piętra to perły, ponoć prawdziwe, jednak wystarczyło zjechać w podziemia by ze świata klejnotów trafić do świata makabry czyli bazaru spożywczego. Pierwszy obrazek piwnicy to węże w niedużym akwarium. Setki główek wystają z wijącego się kłębu zwierząt. Za zakrętem wita mnie alejka krabów. Te znowu toną w pianie toczącej się obficie z ich pyszczków. Następnie żółwie bez skorup, zmęczone i poturbowane ryby, martwe robaki kury w drucianych siatkach upchane do granic możliwości i tak bez końca. Kupującym cieknie ślinka zaś sprzedający chciwie zezują na ich portfele.


   Chiny są bardzo fajnym miejscem i miło można tu spędzać czas, tylko pewne rzeczy trzeba po prostu wiedzieć, inaczej płaci się straszliwe frycowe. Poza tym, każdemu podoba się w nich co innego, jeden lubi ruiny konfucjańskiej świątyni lub wodospad w górach, ktoś inny będzie pod wrażeniem szanghajskiego Manhattanu na Pudong, jeszcze innego pociągać będą bardziej kung-fu, egzotyczna uroda miejscowych kobiet albo brzmienie języka w dialekcie mandaryńskim. Komponowanie krajobrazu było w Chinach częścią codziennego stylu życia. Feng-Shui to stara chińska sztuka kreowania otoczenia tak aby przynosiła ludziom szczęście i powodzenie, uznana za przesąd jak wiele innych rzeczy należących do chińskiej filozofii i tradycji. Ale tak wiele tych zwyczajów przetrwało, gdzie nawet w czasach rewolucji kulturalnej ludzie wieszali w domach czerwone lampiony. Zaleceń mistrzów starej sztuki nigdy nie lekceważyli bankierzy, bardzo starannie dobierali miejsce pod swoją przyszłą siedzibę. Dzisiaj kiedy ktoś otwiera sklep czy knajpę, radzi się tak samo jak przed laty – mistrzów, gdzie powinny być drzwi, na jaki pomalować je kolor, gdzie trzymać pieniądze i nie tylko powodów estetycznych stawia w swoim sklepiku małą fontannę czy akwarium. Wytrawni znawcy geomancji uważają, że odpowiednio dobrane formy, kształty i kolory pomagają osiągnąć sukces a człowiek żyjący w harmonii z siłami natury może poprawić lub przezwyciężyć swój los. Przy mojej pierwszej wizycie w knajpce w pobliży hotelu zapytałem co tu się je? W odpowiedzi usłyszałem wszystko co z talerza nie ucieka. No cóż skoro żołądek się domagał usiadłem do stolika. Spojrzałem w menu oraz w talerze sąsiadów ze stolika i zamówiłem ... to proszę - tu pokazując paluchem w kierunku miski. Gdy już dostałem jedzenie byłem dumny, że mogę posmakować prawdziwej chińszczyzny. Następnym razem do śniadania zamówiłem, szumnie powiedziane raczej wymachaną rękami, sałatkę z pomidorów. Była wspaniała zważywszy, że pomidory z czymś w smaku cebuli posypane zostały cukrem. Jednak moja znajomość języków w rękach pozwoliła mi na to abym następnym razem mógł zjeść tą samą sałatkę ze solą. Potrawy są ostre ale są i też takie że ilość czosnku jest dominująca. Spotkać można również i łagodne potrawy a jedynym z chińskich arcydzieł gastronomicznych jest kaczka po pekińsku. Gotuje się ja na parze, pędzluje sosem sojowym i piecze potem na ruszcie. Natomiast czym się ją doprawia to już pozostaje tajemnicą kucharzy. Wokół każdej potrawy chińskiej unosi się aromat i zapach. Na ulicznych straganach można kupić warzywa, przyprawy natomiast pałeczki są jedynymi sztućcami. Zagrożony głodem szybko nauczyłem się posługiwać tym w gruncie rzeczy prostym w obsłudze narzędziem i właśnie ze względu na te pałeczki dania chińskie podaje się w stanie rozdrobnionym w miseczkach. Płaskie talerze są nieprzydatne ponieważ stawiałyby one konsumenta z pałeczkami w sytuacji bociana którego lis zaprosił na obiad. Mnie szczególnie do gustu przypadło łączenie smaku słodkiego z pikantnymi przyprawami. Dla ciekawości powiem, że są również ulicznych restauracji z "menu na wynos": ryby pływające w ciasnych miseczkach, węże wodne duszące się od braku powietrza, żaby powiązane ciasnym sznurkiem, raki przemęczone upałem i stłoczone w maleńkich miskach. Ale to jest dla nich normalne. Godne uwagi jest również pewna przygoda w jednej z restauracji gdzie zamawiałem rzadką, trującą rybę, która objęta jest ścisłą ochrona. Jak się później dowiedziałem, jej połów i spożywanie dozwolone jest tylko w jednym jedynym mieście i nawet prominenci partyjni chcąc jej skosztować, muszą się tu osobiście pofatygować. Trujące w rybie jest oko, które gdy trafi przez nieuwagę do zupy, kładzie ponoć trupem 50 osób. Żeby móc taką rybkę przyrządzać, kucharze przechodzą specjalne szkolenia, a podczas patroszenia wydłubane oczka liczy się komisyjnie i wciąga do specjalnych rejestrów. Zupę jako pierwszy spróbować musi szef kuchni. Działanie trucizny jest natychmiastowe, więc jeśli szef pozostaje przy życiu, można zasiadać do zupy. Słusznie się zatem mawia, że Chińczyk zje wszystko co chodzi, z wyjątkiem zegara, co lata z wyjątkiem samolotu i wszystko co pływa, z wyjątkiem łodzi. Kuchnia Chińska podzielona jest na cztery regionalne odmiany; pekińska lub mandaryńska i Shandong (z bułkami gotowanymi na parze i makaronem jako podstawą posiłku), kantońska i chaozhouska (lekko strawne ugotowane mięso i warzywa), szanghajska ( ojczyzna żeberek wuxi) oraz syczuańska (ostra z dużą ilością chili). Wypada powiedzieć jeszcze o typowych chińskich obyczajach przy stole w trakcie spożywania posiłku; wszystko ląduje na podłodze przy jedzących: serwetki, resztki i co popadnie. I to nieustające plucie. I to jakie! Zgroza. Chińczycy piją mało alkoholu a chińska wódka, ta popularna jest mocna, o intensywnym zapachu kiepskich perfum i absolutnie nie do przełknięcia. W przeciwieństwie do chińskiego piwa marki Beijing lub Singtao można spotkać w najbardziej wykwintnych restauracjach na całym świecie. Oprócz nich produkuje się w Chinach 884 inne gatunki. Chiny są największym konsumentem piwa na świecie. To, co u nas jest znane pod nazwą chińskiej herbaty, nie ma z nią żadnego związku. Np. "nasza" herbata Junan (teoretycznie pochodząca z chińskiej prowincji Junan) jest mieszanką różnych gatunków chińskiej herbaty. Nigdzie jej nie można było spotkać. A już na pewno nie w Junanie. Chińczycy piją herbatę zieloną lub kwiatową (np. jaśminową). Niesłodzoną. Każde miasto ma swój gatunek tego napoju. Herbata jest zawsze liściasta. i prawdopodobnie przy tutejszym klimacie jest najlepszym lekarstwem na upał, a być może nawet na rozmaite schorzenia. Działa regenerująco. i pewnie dlatego Chińczycy chodzą z herbatą w słoikach po ulicach. Chińczycy uważają, że kolejne parzenie (tej samej) herbaty poprawia jej smak i właściwości. Co do funduszy to Juanów (oficjalna chińska waluta), w skrócie Y, Y albo RMB nie sprzedają polskie kantory, dobrze jest więc zabrać ze sobą tzw. „twardą walutę”. Może być to USD albo EURO, bez znaczenia, przelicznik jest uczciwy. Można ją wymienić zazwyczaj wyłącznie w placówkach Bank of China i hotelach, które obsługują cudzoziemców. Trzeba również pamiętać, że wymieniając właśnie te pieniądze w Bank of China otrzymamy odpowiednie zaświadczenie. Dokument ten należy zachować, ponieważ może być wymagany przez celników podczas przekraczania granicy. Istnieje też, zapominana już w Polsce instytucja „konika”. Przelicznik mają nieco większy, w banku jest USD/Y = 1/8,2 u konika średnio 1/8,9 można wynegocjować nieco ponad 1/9. Trochę się z nimi potargowałem ale do transakcji nie doszło. Z tego, wyłącznie w placówkach Bank of China i hotelach, które obsługują cudzoziemców. Trzeba również pamiętać, że wymieniając właśnie te pieniądze w Bank of China otrzymamy odpowiednie zaświadczenie. Dokument ten należy zachować, ponieważ może być wymagany przez celników podczas przekraczania granicy. Istnieje też, zapominana już w Polsce instytucja „konika”. Przelicznik mają nieco większy, w banku jest USD/Y = 1/8,2 u konika średnio 1/8,9 można wynegocjować nieco ponad 1/9. Trochę się z nimi potargowałem ale do transakcji nie doszło. Z tego, co pamiętam to konikom w Polsce łatwo przychodziły szwindle, słyszało się o pociętych gazetach itd. więc nie bardzo uśmiechało mi się sprawdzanie empirycznie czy aby w Chinach jest inaczej, poza tym jakoś nie wydawała mi się zabawną, perspektywa tłumaczenia chińskiemu policjantowi skąd wzięła się u mnie ta fałszywka, którą właśnie zapłaciłem za jakiś towar. Pierwsze co mnie uderzyło to fakt, że w Chinach wszyscy znaj dują zajęcie. W autobusach dwie panie sprzedawały bilety z tym, że jedna dodatkowo podawała cały czas informacje o kolejnych miejscach postoju. Na skrzyżowaniach oprócz sygnalizacji świetlnej stoją osoby które pilnują aby przypadkiem jakiś rowerzysta nie wystartował za szybko. W Chinach nie ma rasizmu. Jest to pewne, jak pewne jest to, że Mao jest wiecznie żywy. Ale jako, że masz białe oblicze, znaczy to, że jesteś w znaczącym procencie Amerykaninem, a więc trzeba wyciągnąć z Ciebie ile się da. W gruncie rzeczy to się nie dziwię. Sam widziałem jak Amerykanie pozujący na globtroterów, z plecakami i w szortach, szli na bazar, a gotówka lała im się strumieniami z portfeli. To oni swoją rozrzutnością rozpuścili Chińczyków. I teraz za butelkę mrożonej herbaty Chińczyk zapłaci górą 3Y, ale Tobie sprzedawca krzyknie 10Y i tak wszędzie ze wszystkim. W zasadzie to nie są duże pieniądze i przeliczając na złotówki (co jest największym błędem, zarówno W USA jak i w ChRL) nie jest drogo, myślisz sobie…”a co tam…” ale po pewnym czasie zaczyna to drażnić, bo niby z jakiej racji mam płacić 5 albo 10 razy więcej? Bo jestem biały? Oczywiście nie wszędzie tak jest, w miejscach gdzie turyści nie zaglądają, dostanie się uczciwą cenę, taką samą jak miejscowi. Bywałem w miejscach gdzie toaleta publiczna, elegancka i niemal sterylnie czysta, kosztowała 0,15Y (7,5 grosza!!!) a obiad 6 - 7Y! I trzeba się targować! Zawsze i o wszystko. Nawet o pokój hotelowy. I to działa. Na bazarach nie ma cen a co za tym idzie każda rzecz, o ile jesteś biały, bez względu czy jest to koszula, sukienka z jedwabiu, tandetna replika miecza, kosztuje 280Y albo 380Y, innych cen sobie nie przypominam. Amerykanin zapłaci tyle, albo odejdzie jeśli uzna, że jest dla niego za drogo. Europejczyk?….tu powiem o pewnym zdarzeniu; poznałem w Shanghaju parę Holendrów. Po dłuższej rozmowie o tym gdzie byłem i co mam jeszcze w planach, temat zszedł na zakupy i ceny. Ich też strasznie irytowało Ich to rozdwojenie cen i bezczelność sprzedawców. Wtedy odparłem, że trzeba się targować i być twardym w negocjacjach (byłem już po paru potyczkach ze sprzedawcami więc mogłem pozować na eksperta). Na to Holenderka odpowiedziała: „Wiem o tym. Jak mówią mi 280Y, to ja im 240Y, a potem dochodzę do 250Y!” Powiedziała to wielce zadowolona z siebie a mnie wbiło to w ciężki szok. Ja przy tak podanej cenie wstępnej zaczynałem negocjacje od 30Y i często mi się ten manewr udawał. Targowanie to jest farsa albo tragifarsa w zależności od obrotu wypadków. Trzeba mieć trochę zdolności aktorskich i panować nad mimiką. Wygląda to następująco: zazwyczaj właściciel sklepu zatrudnia młode dziewuszki, które to znają angielski, a jak nie, to zawsze pod ręką mają kalkulator, wielce pomocny przy negocjacjach. Dobrze jest mieć wyraz twarzy malkontenta, bo jak zwietrzą, że na czymś Ci zależy to już nie popuszczą. Patrzysz czy jest coś co Cię interesuje, jeśli tak, to zaczynasz przyglądać się czemuś zupełnie innemu, panny zachwalają towar, a Ty puszczasz to wszystko mimo uszu. I w końcu, „właściwie Cię to nie interesuje ale…..ile za to coś?” zawracasz uwagę na to co chcesz. Możesz być na 120% pewny, że panna krzyknie 280 albo 380. Na co Ty wybuchasz śmiechem i mówisz: „Thirty! No more”. Zaczynają się przepychani mogące trwać, ponad pół godziny. Jeżeli dalej uważasz, że cena jest za wysoka a panna z ponura miną mówi: „This is the last price. Finish!” lub „go away”, dobrze robi powiedzenie: „Sorry, can’t afford this” i wyjście ze sklepu. Zazwyczaj wybiega za Tobą krzycząc „OK. Mista!!”. A nawet jak nie wybiegnie, to zaraz obok jest drugi kram, w którym jest to samo. Możesz spróbować jeszcze raz, podnosząc odrobinę dolny limit. Chciałem sobie kupić wisiorek z moim znakiem zodiaku. Znalazłem taki z jadeitu, oficjalna, napisana cena: 380Y. Zapewniano mnie z pełną powagą sytuacji, że jest to „hand made” i w ogóle jakiś „art” miejscowego „craft mastera”. Koniec, końców kupiłem go za 30Y, a i tak mam nieodparte wrażenie, że przepłaciłem. Targowanie tak mi się spodobało, czasami nawet nie chodziło żeby coś kupić ale po prostu tak dla sportu. O sieci „Friendship Shop” - takie supermarkety z chińskimi souvenirami dla cudzoziemców oraz sklepach wolnocłowych na lotnisku lepiej zapomnieć. Ceny kosmiczne. Chińskie toalety to temat na osobną opowieść. Z reguły nie ma tam sedesów - ani normalnych, ani "narciarskich" (jak w krajach islamskich). Po prostu przez środek biegnie odkryty kanalik, spłukiwany co pewien czas wodą, którym spływają nieczystości. Poszczególne kabiny są oddzielone niskimi murkami, nie mają drzwiczek. W środku jest niemiłosiernie brudno, a każdy biały korzystający z takiego przybytku jest bacznie obserwowany cały czas (z głośnymi komentarzami). Podobnie wygląda (choć jest niewątpliwie czystsza) toaleta przy stacji benzynowej dużego zachodniego koncernu. W Chinach wszystko ma jakąś nazwę i niekoniecznie musi ona być adekwatna do tego co się później ogląda. Wędrując po Pekinie czy innych wielkich miastach tego kraju, na każdym kroku można spotkać podświetlane reklamy Coca-Coli, McDonald’s, a do zakupów zapraszają wielkie znane firmy handlowe które mają tutaj swoje centra. Tu w Chinach jest dziwnie z wielu powodów, ale w sumie fajnie i dla prawdziwego globtrotera nie ma szans na nudę. Ludzie przyjaźni, żarcie jadalne dla nie wymagających, a problemy językowe do przeskoczenia. Poznałem już sporo chińskich "krzaczków", do tego stopnia, że jak kupowałem bilet, to potrafiłem napisać na kartce: gdzie chcę jechać, jaką klasą, o której godzinie, którego dnia, które miejsca (w sypialnych wagonach dół i środek), jeśli nie ma biletów, to którego dnia lub w jakiej innej klasie itp. Na każdym kroku, nawet w hotelach i państwowych sklepach trzeba się targować, co dla mnie było sporą nowością, ale też wielkim "funem". Efekt jest taki, że przez pół godziny krzyczę: no money, woieshuoshan, tajguela (za drogo), Poola (Poland) i tak dalej, i w końcu uzyskuję cenę, którą uważam za rozsądną. Chociaż mam teorię, która głosi, że jeśli dochodzi do transakcji między białym a Chińczykiem, to znaczy, że biały został zrobiony w konia. I niestety chyba ta teoria jest w większości prawdziwa, pod warunkiem że przyjmujesz taką cenę jaką Chińczyk proponuje a ta cena jest z reguły 10 razy wyższa od wartości jaką przedstawia dany towar. Pewnego razu w pociągu zrozumiałem, że nazywanie mieszkańców Chin Chińczykami to takie samo nieporozumienie, jak mylenie mieszkańców dawnego Związku Radzieckiego z Rosjanami. W Chinach mieszka ponad 50 różnych narodowości w tym również Naxi. Polityka wielkomocarstwowa scala ich w jeden sztuczny organizm. Aż trudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby wszystkie narody chciały powtórzyć bałkański scenariusz... Mniejszości narodowe mogą mieć większą liczbę dzieci niż "rdzenni" ludzie HAN. Mieszkańcy miast, nie interesują się religia, a jeśli nawet, to traktują ja jako hobby. Zagłębiają się niekiedy w świętych księgach, ale często zmieniają swe zainteresowania religijne. Nie ma też znaczenia, w której świątyni się modlą. Wśród młodzieży pojawiła się ponoć moda na katolicyzm. Starsi ludzie preferują buddyzm, choć mężczyźni raczej taoizm. Większość dzisiejszych Chińczyków nie wierzy w komunizm, ani też w nic innego, w żadną alternatywę. Przyjmują więc bierną postawę apolityczną, albo dla świętego spokoju, lub kariery zapisują się do partii. O polityce nikt dyskutować nie chce, nikt się nią nie interesuje, a jeśli nawet, to dominują postawy malkontenckie. I któż by miał zastąpić komunistów, pytają. Nie ma żadnej opozycji. Z drugiej strony Chińczycy boją się zmian a w szczególności rewolucyjnych.


Historia tego kraju doświadczyła niejednokrotnie naród niezwykle krwawymi wojnami i rewolucjami, wyzwalając w powściągliwych obywatelach zwierzęce instynkty. Z dziwną mieszaniną zawstydzenia i przechwalstwa brzmią nadal w moich uszach słowa pewnego studenta spotkane w czasie podróży pociągiem; twierdził on; że tylko Chińczycy potrafią przeprowadzić skuteczną rewolucję, „do dna”, „do ostatniej głowy”. Nawet Rosjanie nie byli tak okrutni. Tu ludzie żyli w zwierzęcym strachu, w ciągłym napięciu, donosząc i mordując, by ktoś inny ich w tym nie wyprzedził. Władze rewolucyjne podsycały te zwierzęce instynkty zaszczuwając ludzi ludźmi, podszeptując, kusząc przywilejami. Ponoć szczytem postawy rewolucyjnej było zadenuncjowanie własnego krewnego, najlepiej ojca. Taki „ojcobójca” okrzykiwany przez prasę bohaterem, awansował natychmiast do rangi wysokiego urzędnika. Nie ma miejsca na litość, braterstwo, czy szlachetność, gdy w koło leje się krew. Nie ma miejsca na macierzyńską miłość gdy widmo głodu zagląda do drzwi. Podczas najazdu Mandżurów sprzedawano więc dzieci na mięso. „Dwunożna owce” zwisały z haków straganów ulicznych. Wszyscy wiedzieli, wszyscy jedli, takie czasy. Chiny i ludożerstwa doświadczyły. Te słowa są dla mnie nadal porażające i co najgorsze to realnie mogło mieć swoje miejsce w przeszłości. Docierając do każdego z miast na mojej trasie podróży widziałem jak również wielokrotnie spotykałem się z propozycjami przewodnickimi ze strony jakiegoś chińczyka. Oczywiście nie trudno się domyśleć, że byli to stróże chińscy w tym niemiłym znaczeniu. Dla osoby, która podróżuje po Chinach i na dodatek nie mająca odwagi samodzielnego poruszania się po tych wszystkich ciekawych miejscach taki osobnik na pewno byłby zbawieniem. Jednak celem ukrytym takiego pseudo przewodnika jest, by podróżny nie był narażony na zobaczenie i wielokrotnie również wysłuchanie tego co władzom Chińskim jest nie po drodze. Obrońcy praw człowieka objęci są ponoć nieformalnym wyrokiem śmierci. Trafiają nagminnie do więzień, gdzie po kilku dniach umierają zwykle z powodu tajemniczych chorób. Człowiek w statusie biznesmena już w czasach antycznych cieszył się poważaniem za panowania obcych dynastii, ale nie za czasów dynastii chińskich. Był taki czas, że musieli ubierać się skromnie jak wieśniacy, mimo, iż byli bogaci, był też czas, kiedy nosili specjalny, wyróżniający strój, np. jeden but czarny, drugi biały. Niekiedy spadali na sam dół drabiny społecznej, ale nie lepiej mieli się i nauczyciele, którzy z kolei doceniani byli wyłącznie w czasach panowania dynastii rodzimych. Za obcych zaś mieścili się na dziewiątej pozycji, podczas gdy na siódmej plasowali się złodziej a na ósmej prostytutka. Co do tej ostatniej, dziś, w czasach bumu gospodarczego, cieszy się ona niejakim „poważaniem”, jako że jest przedsiębiorcza. Szydzi się bowiem jedynie z biedaków, żebraków, bo największym dyshonorem jest zdaniem chińczyków prosić o jałmużnę. Tajemnicze Państwo Środka z cywilizacją kształtowaną przez 4000 lat fascynuje wszystkich podróżników i mnie również. Intryguje tajemniczą kulturą, egzotyką, pięknem krajobraz- zów i zabytkami będącymi żywym świadectwem wspaniałej historii. Chiny to kraj tylko dla odważnych w aspekcie indywidualnego zwiedzania nie tylko samego Pekinu ale również innych miejsc obrazujących tą właściwą atmosferę tego pięknego kraju. Chiny to nie tylko Pekin czy Szanghaj, gdzie rolls-royce’y i rolexy sprzedają się świetnie a w niebo strzelają kolejne biurowce. To przede wszystkim bardzo biedne wioski bez dostępu do wody pitnej. To kraj niewykształconych rolników, gdzie ¾ obywateli nadal żyje z dala od kapitalizmu rozwijającego się na wybrzeżu. Wszystko wskazuje na to, że Chiny, choć są najludniejszym krajem świata, zostają najwyżej regionalnym mocarstwem. Chiński paradoks polega na tym, że rolnicy pozbawieni ziemi i zmuszani do płacenia miejscowym klikom, nie mogą utrzymać swoich dzieci, a dzieci wyruszające do niewolniczej pracy w miastach nie mogą pomóc rodzicom. Kto neguje ten system, ląduje w wiezieniu lub jest aresztowany. Mimo iż region ten będzie w XXI wieku centrum świata, to polityka jest tam nadal XIX-wieczna. Jednak kraj ten to jest inny świat; głęboki komunizm i wysoki kapitalizm. Jeśli wybiorą z tego to co najlepsze to zawojują świat!! Przypominają dobrze zorganizowane, pracowite mrowisko w którym każdy ma swoje miejsce. Więc jakie Chiny są naprawdę? Na pewno bardzo zróżnicowane a wielkie miasta nie różnią się zbytnio od europejskich stolic. Stare Chiny można dziś znaleźć tylko na prowincji. Zupełnie inaczej wygląda życie w Pekinie i wielkich miastach (Szanghaju, Hongkongu), a zupełnie inaczej na prowincji, na którą zachodnie inwestycje jeszcze długo nie dotrą. I jeszcze mała ciekawostka dla wytrwałych: w MSZ Chin w Hong Kongu, Low Block 5 piętro, China Building, Harbour Rd 26, Wanchai czynna od poniedziałku do piątku w godzinach 9-12.30 i od 14-17. można uzyskać wizę chińską za darmo!! Powodzenia.

Przydatne zwroty na początek pobytu w Chinach:

Tak - shi
Nie - bu shi
Dziękuję - xie xie
Nie ma za co, proszę - bu yong xie
Cześć - ni hao
Przepraszam - qiung rang
Dzień dobry - zao an
Do zobaczenia - zaijian
Na razie - zaijian
Dobry wieczór - wan shang hao
Dobranoc - wan an
Nie rozumiem - wo bu ming bai.
Jak się nazywasz? - Nijiao shen me ming zi?



Szczepienia obowiązkowe:
• Wirusowe Zapalenie Wątroby typu A
• Wirusowe Zapalenie Wątroby typu B
• żółta gorączka
• dur brzuszny
• błonnica / tężec / polio
• Meningo-Kokowa
• malaria
• przeciw gruźlicy






















Copyright © 2007-2019 Zygmunt