Portal podróży

Indie

Kilka godzin lotu z Osaki do Delhi dało mi możliwość spokojnego rozważania nad tym wszystkim co widziałem w Japonii. Teraz lecę do kraju, w którym mentalność będzie miała całkiem inny wymiar bo jest to zarazem kraj jak z baśni, wielobarwny i pełen kontrastów. Przelatywałem ponownie nad Himalajami ale od strony południowej. Kiedy pod sobą zobaczyłem morze świateł ciągnących się aż po horyzont, wiedziałem, że to już Delhi. Na tym pustkowiu nie mogło być nic innego tak rozległego. Powoli schodziliśmy do lądowania. Temperatura na zewnątrz 27 stopni, godzina 4 w nocy. Po szybkiej i sprawnej odprawie paszportowej, zna lazłem się przy wyjściu z lotniska. Moim oczom ukazał się tłum naganiaczy, machających w moim kierunku rękoma. Wziąłem taxi i pojechałem na Pahargandz. Jest to dzielnica tanich hoteli, a zarazem jeden wielki bazar, zresztą główna ulica nazywa się Main Bazar. Po wyjściu z taksówki znowu od razu dopadło mnie pełno naganiaczy i zaczęli oprowadzać po hotelikach a ponieważ była już 5 nad ranem to odczuwałem trochę zmęczenie więc zdecydowałem się zostać w New Ringo Guest House i jak się później okazało; był to bardzo trafny wybór. Za 100 Rupi dostałem pokój z łazienką, klimatyzacją i TV, a poza tym czysto i bezpiecznie. Mogę polecić każdemu ten hotelik. Kiedy wstałem około południa poszedłem na Main Bazar i w pewnej chwili zauważyłem sklep o swojskiej nazwie Sklep u Miska. Zaciekawiony wszedłem zapytać się o szczegóły, ale zostałem skierowany na zaplecze do szefa tego interesu. Tam przywitał mnie bardzo miły hindus, który łamaną polszczyzną wyznał mi, że nazwa tego sklepu jest przez to, że robi dużo interesów z polakami i oni nazywają go Misiek. Grobowiec Humayun Pierwsza rzecz jaka mnie uderzyła po przyjeździe do stolicy to zapach. Słodkawa woń unosi się nad całym miastem. W pierwszej chwili myślałem że jest to zapach kadzideł lub innych orientalnych wonności, ale rzeczywistość okazała się zgoła bardziej przyziemna; otóż pochodziło to z tysięcy ognisk, w których paliwem jest wysuszone krowie łajno. W starym Delhi, święte zwierzęta widać wszędzie. Nie wyobrażalny bród i hałas, zatłoczone ulice pełne rozpędzonych riksz i żebrząca biedota. Święte krowy to symbol Indii, a hinduizm nakazuje traktować je jak matkę, której należy się szacunek. W labiryncie wąskich zaułków gdzie w wielkim zbiorowym pośpiechu na około coś ciągle dzwoni, trąbi, słychać pokrzykiwania handlarzy a krowy leniwie snują się po zatłoczonych ulicach niczym i przez nikogo niepokojone podjadając ze straganów owoce i warzywa, piją wodę z kałuż, zaglądają do sklepików i mieszkań. Za krowami chodzą mali chłopcy i spadające krowie placki zbierają na szufle i niosą do domów. Trudno mi było na początku w tym wszystkim się znaleźć zwłaszcza że do tego dochodzi jeszcze natarczywość hindusów, którzy oblegają każdego obcego oferując mu towary i usługi przeróżnej profesji. Osobną sprawą jest tutaj widok słoni obładowanych drewnem lub wiozących pasażerów, które poprawnie stosują się do przepisów ruchu drogowego. Kiedy na skrzyżowaniu zapala się czerwone światło to słonie posłusznie się zatrzymują by po zapaleniu się światła zielonego razem ruszać z samochodami i rikszami. Kiedy minął u mnie pierwszy szok i wrażenia a zmysły przyzwyczaiły się do nadmiaru bodźców, mogłem dopiero rozpocząć podróżowanie po bajecznych pałacach, fortach i ogrodach. Nie zwierzęta jednak, a zabytki są prawdziwą wizytówką stolicy Indii. Sławny Red Fort, zbudowany w XVII wieku imponuje potęgą murów zbudowanych z rdzawego piaskowca, ma w sobie orientalne i z przepychem wykonane wnętrza. Wspaniałe komnaty o marmurowych ścianach wysadzanych półszlachetnymi kamieniami, nie mają okien w europejskim tego słowa znaczeniu. Gorący klimat sprawił, że zamiast szyb w murach – indyjscy artyści po wprawiali misternie rzeźbione kamienne mozaiki. Tam też znajduje się sala koronacyjna Shaha Jahana, gdzie stał niegdyś legendarny Pawi Tron zbudowany z czystego złota i wysadzany rubinami, perłami, szmaragdami i diamentami. Perski napis na ścianie do dzisiaj głosi: Jeśli jest raj na ziemi to tylko tu. Usiadłem na chwilę na trawie, w cieniu drzewa, otoczony śladami odległej, zamierzchłej wspaniałości i pomyślałem, że położona nad rzeką Jamuna budowla z zewnątrz sprawia wrażenie niedostępnej twierdzy, zaś w środku przypomina najwspanialszy pałac świata. Z bramy Lahore idę ulicą Srebrników gdzie zaczyna się Chandni Chowk – najbardziej chyba zatłoczone miejsce na świecie, gdzie na kolorowych straganach można kupić prawie wszystko od perfum francuskich, ręcznie tkanych dywanów, pamiątek z mosiądzu świadczących o kunszcie hinduskich rzemieślników oraz wonne kadzidła. Zaklinacze węży ubrani są w klasyczne hinduskie dhoti – rodzaj prześcieradła owiniętego wokół nóg i zatkniętego za pasem. Trzymają kobry w wiklinowych koszach. Kiedy tylko zaklinacz zobaczy turystów zdejmuje pokrywę z kosza wiklinowego i gra na fujarce rytmiczną melodię. Wtenczas wąż wysuwa się z kosza, rozgląda chwilkę a potem zaczyna tańczyć, i nie znaczy to bynajmniej, że kobry są wyjątkowo muzykalne. W rzeczywistości poruszają się w ślad za ruchami fujarki – przygotowując się do obrony przed wyimaginowanym atakiem. Idąc dalej można zjeść placki chapati ale ja nie starałem się ich spróbować. W końcu dochodzę do gigantycznej świątyni Kutab Minar. Kunsztownie rzeźbiony minaret, który powstał z rozkazu Shaha Jahana, ma 72 metry wysokości i jest drugą co do wielkości tego typu budowla na świecie, za to świątynia islamska może pomieścić 30-tysięcy wiernych. Inną osobliwością, która tam się znajduje i uchodzi za prawdziwy cud alchemii indyjskiej to niewielka kolumna z V wieku – odlana niemal z czystego żelaza i po 15-tu wiekach ten 7-metrowy słup nie zardzewiał nawet na milimetr. Hindusi wierzą, że kto obejmie kolumną obiema rękami będzie miał zapewnioną łaskę bogów. Następna Świątynią którą zwiedzałem była Bahai. Ja już będąc na Samoa spotkałem tam Świątynie tego samego wyznania, lecz małej wielkości jednak o bardzo charakterystycznym kształcie architektonicznym. Ta w Delhi powstała dopiero w latach 1980-1986 i jest nowoczesną. Oglądając inną hinduistyczną świątynie Birla odniosłem wrażenie, że jest to istny cud architektury lub kicz w orientalnym wydaniu. Kolejną Świątynią którą zwiedziałem była Sri Meenakshi, charakteryzująca się wręcz koronkowa architekturą. By trochę odpocząć od zgiełku Starego Delhi przenoszę się teraz do Nowego Delhi. Zwiedzanie rozpoczynam od gmachu Parlamentu i Pałacu Prezydenckiego, ponieważ za budynkami rządowymi ciągnie się tonąca w kwiatach reprezentacyjna aleja Radżpath gdzie na jej końcu stoi ogromny łuk tzw. Brama Indii. Jest ona poświęcona żołnierzom hinduskim poległym podczas I- Wojny Światowej, natomiast w bocznych ulicach widziałem śnieżnobiałe wille bogaczy pilnowane przez prywatnych policjantów. Nawet w Nowym Delhi nie można zapomnieć o biedzie, ponieważ przy głównych ulicach ubodzy budują prowizoryczne legowiska z koców i folii. Policjanci z bambusowymi pałkami przepędzają bezdomnych żebraków. Dla kontrastu; eleganckie sklepy mają bardzo mało klientów i tylko bogaci tam kupują a Delhi to 8 mln mieszkańców. Po kilku dnia zwiedzania postanowiłem jechać dalej. Wieczornym pociągiem jadę do Varanasi W indyjskie wagonie klasy sleeper przydział miejsc obowiązuje tylko w godzinach 22:00 - 6:00 a poza tymi godzinami, nie ma się co targować o swoje miejsce, bo wagony są i tak niemiłosiernie przeludnione i w boksie, gdzie wg. ilości miejsc powinno siedzieć 8 osób, mieści się 20 hindusów, siedzących wręcz sobie na głowie. Dlatego z daleko idącą ostrożnością trzymałem plecak pod nogami lub przed sobą bo inaczej łatwo można być okradzionym. Co ciekawe, to przy każdym miejscu znajdują się uchwyty do przypięcia bagażu, a łańcuch i kłódka należą do obowiązkowego wyposażenia każdego pasażera. O kupnie kłódki i łańcucha poinformowano mnie w recepcji hotelowej Kiedy dotarłem do wreszcie do Varanasi stwierdziłem, że żadne inne miejsce jakie dotychczas widziałem nie przypomina go. Położone jest po obu stronach Gangesu i stanowi jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymowania w Indiach. Przyjeżdżają tutaj by modlić się w licznych sanktuariach, w tym słynnej Złotej Świątyni i zmieszkałej przez małpy Świątyni Durga. Na około 100-ghatach czyli schodach prowadzących do rzeki Ganges, setki pielgrzymów dokonuje rytualnych oczyszczających z grzechu kąpieli, leczą choroby i palą zwłoki. Według hindusów; ten kto umrze w Varanasi pójdzie wprost do nieba. Wieczorem spacerowałem w gąszczu krętych uliczek pełnych sklepów i sklepików w których są najpiękniejsze jedwabne brokaty. Kolejny etap to dostanie się do Agry jednak po drodze zboczyłem nieco, by odwiedzić małą miejscowość Khajuraho o której wiedziałem już wcześniej, że będę mógł ujrzeć świątynie Kamasutry. Po przybyciu na miejsce, rzeczywiście okazało się, że jest ona położona w przepięknych rozległych ogrodach.


Na ścianach Świątyni zobaczyłem najbardziej wymyślne erotyczne pozycje rzeźbione w kamieniu z taką precyzją, że zdają się być w ruchu. Rzeźby stanowią dokładną ilustrację wszystkiego co opisano w Kamasutrze.

         

Płaskorzeźby na ścianie Świątyni

Ponownie wsiadłem do pociągu i po wielu przewozowych atrakcjach dojechałem około 1:00 w nocy do Agry. Rikszarze byli niezastąpieni o tej porze i dzięki nim mogłem wydostać się z dworca kolejowego. Wszystkie hotele do których chciałem się dostać, okazały się pozamykane lub nie było już w nich miejsc. Ale w końcu za namową rikszarza wylądowałem w hotelu przez niego poleconym. Za pokój z ciepłą wodą, wc i TV zapłaciłem 120 rupii. Po obudzeniu się rano wybrałem się do Fortu Agra (wjazd 300 rupi + 5$ TAX), w środku którego królowały: małpy, białe marmury. Fort zbudowany jest z czerwonego piaskowca, a jego budowę rozpoczął w 1565 roku cesarz Akbar. Jest on zbudowany na gruzach hinduskiego fortu Badalgarh i początkowo służył tylko celom wojskowym jednak w późniejszym okresie ostatecznie został przekształcony w pałac. Otoczony jest masywnymi podwójnymi murami i fosą. Całość ciągnie się na odcinku 2,5 kilometra.


Kolejny dzień to wyjazd do oddalonego o 40 km na wschód Fatehpur Sikri. Jest to wspaniale ufortyfikowane miasto-widmo. W latach 1570-1585 za panowania Akbara znajdowała się tutaj stolica imperium mongolskiego. Miasto zbudowane z czerwonego piaskowca, nagle opustoszało z powodu wyschnięcia wody i dziś stanowi już tylko atrakcję turystyczną. Było zamieszkałe tylko przez niespełna 50 lat. Pozostały jednak zachowane w niezmienionym stanie domy dostojników dworskich, pałac cesarski i meczet. Niezwykła barwa miasta oraz jego obecni mieszkańcy; zielone papużki nadają mu baśniowy charakter. Poza murami miasta stoi Wielki Meczet, pomyślany zapewne jako replika meczetu w Mecce.

[Rozmiar: 37310 bajtów]

Powrót do Agry wieczorem, odpoczynek i przygotowanie do kolejnego dnia. Wstałem o 5:00 rano i wybrałem się na wschód słońca do Taj Mahal. Wstęp kosztuje 750 rupi. Taj Mahal już przy pierwszym jego zobaczeniu robi naprawdę ogromne wrażenie, szczególnie ta bijąca od niego biel i doskonała symetria. Po obu bokach Taj Mahal stoją dwa meczety, z czego tylko jeden ze względu na kierunek nadaje się do modłów, drugi wybudowany tylko po to aby zachować symetryczny układ całości. Jak zobaczyłem rano Taj Mahal - to stał spowity mgłą, kiedy na horyzoncie pojawiły się pierwsze promienie słońca. Taj Mahal zaczął lśnić, zapierając z wrażenia dech. Wschód słońca to doskonały moment, aby dokładnie zwiedzić grobowiec i posiedzieć w ciszy, bo potem zaczyna się już napływ zwiedzających. Jak historia mówi: Taj Mahal – grobowiec został zbudowany przez Shaha Jahana dla jego żony Mumtaz Mahal, która zmarła przy porodzie, zostawiając cesarza pogrążonego w rozpaczy. Zbudowany w latach 1631-1653, stoi na wysokiej marmurowej platformie, wysokie, białe minarety ozdabiają 4 rogi platformy.





Meczet Centralną część Taj Mahal tworzą cztery małe kopuły, otaczające jedną wielką kopułę. Był to zarazem najpiękniejszy dowód wielkiej miłości jaki kiedykolwiek ludzka ręka stworzyła. Przy budowie grobowca pracowało 20-tysięcy ludzi, którym po zakończeniu prac Shah Johana kazał obciąć prawe dłonie i wydłubać oczy by nigdzie w świecie nie powstało dzieło dorównujące pięknu budowli. Kunsztowna inkrustracja mieni się magicznym blaskiem niezależnie od pory dnia a w ogrodach otaczających to mauzoleum przez dłuższy czas wpatrywałem się w to architektoniczne dzieło, które swoją lekkością zdaje się unosić w powietrzu. Za namową spotkanego tam hindusa postanowiłem zostać do późnej nocy, by móc w pełni blasku księżyca oddać się pełnemu romantyzmowi tego miejsca. Grób Mumtaz Mahal i Shah Jahana znajdują się w dolnej krypcie. Taj Mahal to wymykający się opisom słownym obraz kunsztu rzemieślników i budowniczych. Trudno tu mówić o bogactwie czy przepychu, choć skłaniają do tego surowce użyte do jego budowy - marmur i półszlachetne kamienie do inkrustacji. Można natomiast mówić o pięknie i ponadczasowym przesłaniu mauzoleum. Powrót do hotelu był spokojny ponieważ wspólnie z innymi zwiedzającymi przyjechaliśmy do centrum.

Jaipour - Hawa Mahal - Pałac Wiatrów

Potężne forty, pałace o baśniowym uroku i wspaniałym wystroju wnętrz a także ogromne poczucie dumy i honoru to cechy mieszkańców Radżasthanu. Od Pustyni Thar aż po góry Radżasthanu jest nieurodzaj a surowy krajobraz rozkwita zielenią jedynie w porze monsunów przynoszących znad Oceanu Indyjskiego ulewne deszcze. Jestem teraz w Jaipour – stolicy tego stanu. Miasto to nazywane jest również Różowym Miastem z racji czerwonawej glinki używanej do tynkowania budynków w starej części. W upalny, suchy dzień pył unoszący się w powietrzu także ma kolor czerwony. Najpierw udaje się do Johari Bazaar a potem do Hawa Mahal - Pałacu Wiatrów zbudowanego w 1799 roku specjalnie dla dam dworu, aby mogły niezauważone przyglądać się codziennemu jak i odświętnemu życiu miasta. Jest to budynek z oknami jak plaster miodu. Jeszcze do niedawna mieszkali tam Mahadżarowie, teraz zaś znajduje się tam wspaniałe muzeum z obrazami z czasów perskich i radżapuckich a także bogate zbiory rzadkiej indyjskiej broni. Nieco za miastem znajduje się potężna forteca nazywana Fort Amber. Kiedy zajrzałem do niewielkiej Świątyni bogini Kali oraz do tzw. Sali Przyjemności, gdzie za inkrustowanymi kością słoniową drzwiami z drzewa sandałowego ukazał się moim oczom niewielki basen. Tam właśnie mahadżarowie i jego dostojnicy zażywali kąpieli w towarzystwie swoich urodziwych nałożnic. Przyznam, że musiała to być naprawdę wielka rozkosz ponieważ były również tam pewne urządzenia ułatwiające bliższe kontakty cielesne. Na ulicach Jaipuru dostrzegłem pełną egzotykę miejsca: bajkowe stroje ludzi, wielbłądzie i bawole zaprzęgi, wielobarwne przyprawy w sklepach a samo centrum Jaipuru to jeden wielki bazar i zarazem jedno z najdroższych miejsc w Indiach. Mieszkańcy to chyba "urodzeni kupcy", ponieważ bardzo trudno było się o cokolwiek targować zwłaszcza, że ani właściciele hoteli, ani rikszarze, ani nawet obsługa kawiarni internetowych nie byli skłonni do negocjacji cenowych. Za murami miejskimi Jaipuru wznosi się malowniczo położony na wodzie Jal Mahal - Pałac na Wodzie. Odbija się przepięknie prawie w całości w tafli jeziora i na dodatek we wspaniałej scenerii otaczających jezioro gór.


Decyduję się na dwudniową wycieczkę po Wielkiej Pustyni Indyjskiej Thar by dotrzeć do najpiękniejszej piaszczystej części pustyni oraz odwiedzić ciekawe królewskie grobowce w Devi Kund. Bardzo wcześnie rano udaję się na peryferia, gdzie jest jakby pustynny parking dla wielbłądów, którymi można zwiedzać. Patrzę na nie z wielkim zainteresowaniem, ale też z pewną taką nieśmiałością, ponieważ za chwilę nastąpi moment kiedy trzeba go dosiąść. Trzymam się kurczowo, by nie fiknąć kozła przez głowę, gdy wielbłąd wstaje z kolan. Jakoś się udało, ale widzę, że do ziemi jest znacznie dalej niż to wyglądało z boku. Ruszamy i to bynajmniej nie dzięki moim wysiłkom. Po prostu zwierzęta instynktownie idą za przewodnikiem. Oczywiście każdy zwierzak ma swoje indywidualne wady i zalety. Wielbłąd, na grzbiecie, które się znajduję cały czas jest prowadzony na uwięzi przez poganiacza a każdy mój gwałtowniejszy ruch sprawia, że chce się on zrywać do biegu. Na początku jazda bardzo mi się podoba, ale po dwóch godzinach mam już dosyć. Te siodła, to okalające garb dromadera wielkie obręcze z metalu wykończonego drewnem. Pod siodło podkłada się koc, żeby wielbłąd się nie poobcierał. Natomiast na siodło, aby turysta niczego sobie nie obtarli, dostaje się podwójnie złożone kołdry. W efekcie siedzi się w jakimś potwornym rozkroku, od którego bardzo bolą uda. Pustynia Thar nie jest zupełnie jałowa bo można zobaczyć wodopoje z licznymi stadami owiec i kóz. Ze spalonej słońcem popękanej ziemi cudem wyrastają jakieś suche krzaczki, a czasem nawet rachityczne drzewka. Dzięki temu można się schronić w skąpym cieniu. W popołudniowym skwarze przejeżdżamy przez pustynną wioskę, której nie ma na żadnej mapie. Wszystkie budynki to lepianki wzniesione z glinianych cegieł na szkielecie z patyków. Mają jednolity, bury, ziemisty kolor. Jedynym elementem przyciągającym wzrok są barwne tęczowe sari kobiet udających się do studni po wodę. Za wsią jest niewielka sadzawka do pojenia wielbłądów. Dojeżdżamy w końcu do najbardziej piaszczystego fragmentu pustyni a zarazem celu tej wielbłądziej podróży.


Na następny dzień jadę do zagadkowego miasta Puszkar leżącego nad pięknym jeziorem. Kiedy po drodze ujrzałem pustynną osadę Jaisalmer to od razu skojarzyłem ją z baśniami 1001 nocy. Wiele zabytkowych pałacyków zamienionych jest na luksusowe hotele. Miodowo złoty fort stoi na 80-metrowym wzgórzu Tirkuta a wewnątrz murów bastionu żyje ź mieszkańców miasta. To właśnie tutaj w okresie zimy organizowane są największe targi wielbłądów. Przyjeżdża na tą imprezę 20-tysiecy ludzi przywożąc ze sobą 50-tysiecy wielbłądów. Całemu handlowi towarzyszą wyścigi i pokazy tresury tych wspaniałych zwierząt. Przekraczając wczesnym rankiem bramy fortu w Jaisalmer mijam jedną bramę, potem drugą, jeszcze trochę pod górę kamienna droga i za trzecią bramą zatrzymuję się na środku rynku. Atmosfera tego Pałacu Maharadży jest niesamowita. Zadbany, z krzątającą się wszędzie pałacową służbą, która ubrana w tradycyjne stroje umila zwiedzanie. Kunsztowne i precyzyjne zdobienia haveli - kamienic bogatych mieszczan wprawia w osłupienie a sącząca się po korytarzach muzyka dodaje jeszcze odpowiedniego romantycznego nastroju. Budowle wzniesione z żółtego piaskowca w promieniach zachodzącego słońca wyglądają jak ze złota. Zwiedzając fort oszołamiają mnie fantastyczne budowle i misterne koronkowe zdobienia. Kręte uliczki zachęcają by się w nich zgubić. Mijam liczne sklepiki i stragany oferujące pięknie haftowane tkaniny, biżuterię oraz mosiężne statuetki przedstawiające indyjskich bogów. Dalej jadąc dojeżdżam do Udajpur i to co zobaczyłem warte było tej drogi.


Określenie tego miejsca Wenecją Wschodu jest jak najbardziej odpowiednie i na długo pozostanie w mojej pamięci. Nie ma tutaj identycznych bram, wież, świątyń, a ja mogłem poczuć się chociaż przez chwilę jak w fantastycznym świecie mahardżów. Nocleg w Pałacu, który został zamieniony na hotel jest nie lada atrakcją, że nie wspomnę również o służbie która spełnia praktycznie wszystkie pragnienia turysty.


Woda w tym mieście nadaje szczególny urok a kiedy wczesnym rankiem zobaczyłem kąpiące się w jeziorze piękne młode kobiety i odbicie pałacu w tafli wody to wiedziałem, że to miejsce pozostanie szczególnie zaznaczone w mojej pamięci.


Natomiast wieczorem gdy zapalają się światła to miasto zmienia się w Wenecję. Dodatkowymi atrakcjami są również dwie wyspy; Jagniwas i Jagmandir. Żeby dopełnić pełności obrazu popłynąłem rejsem o zachodzie słońca do Jagmandir by ujrzeć piękny Pałac zbudowany w XVII wieku. Wreszcie docieram do Puszkar. To urokliwe miasteczko położone nad niewielkim jeziorem z licznymi świątyniami, z których najsłynniejszą jest kolorowa Świątynia Brahmy. Przybywają tutaj pielgrzymi z Indii, by wykąpać się w świętych wodach jeziora i złożyć bóstwu ofiarę. Na każdym kroku wszystkim wręczane (a czasami wciskane) są kwiaty na pudżę, za które oczywiście pobiera się niemałą opłatę. W czasie podróży po Indiach docieram do miejsca gdzie nastąpiło przenikanie rodzimej kultury hinduskiej i kolonialnej portugalskiej. Po wielu dniach dotarłem do tego uroczego miejsca na wybrzeżu Malabarskim oblanego od zachodu Morzem Arabskim. Wybrzeże to ma wiele lagun, rozlewisk oraz zalesionych wzgórz. Przez 4-wieki była to kolonia portugalska i dopiero w 1961 roku została przyłączone do Indii. Portugalczycy pozostawili po sobie nie tylko białe barokowe kościoły ale i swoich potomków o innym zabarwieniu skóry i wyznających katolicyzm. Goa była ważnym punktem w misyjnej działalności Jezuitów, którzy próbowali chrystianizować Indie. Wiele kościołów jest zbudowanych na skałach nad morzem. Dzisiaj przypomina o tamtych czasach wspaniały budynek seminarium duchownego w Rachel, który zbudowany był na początku XVI wieku, natomiast parę kilometrów dalej znajduje się Katedra Morska i Bazylika Jezusa, w której znajduje się krypta z zachowanym ciałem Św. Franciszka Kazimierza – katolickiego patrona Goa. Wiele rodzin hinduskich braminów kultywuje te obyczaje portugalskich przybyszów, mieszka we wspaniałych kolonialnych rezydencjach jakie powstały tutaj w XVII i XIX wieku. Dane mi było widzieć przepiękny dom Doży Rosy w miejscowości Loutolim. Rajska uroda tej krainy daje spokój i ciszę wypoczynku. Raz w tygodniu odbywa się tutaj jarmark na którym oferowane są wyroby rzemieślnicze a na targu rybnym dostępne są wszystkie owoce morza, które można również spożyć z odpowiednimi pikantnymi przyprawami.
Symbolem przynależności Goa do kultury hinduskiej są ich świątynie, które były zbudowane jeszcze przed przybyciem kolonialistów portugalskich a Świątynia Shiwy stojąca w Tambdi Surla pochodzi z XI wieku. Bazaltowe bloki tworzą wyjątkowo udaną konstrukcję, z której bije spokój historii i potęga indyjskiego bóstwa. Ściany Świątyni dekorowane są figurami i detalami architektonicznymi. Jest tutaj jeszcze jedna atrakcja, której nie ma w Indiach: to wali byków. W przeciwieństwie do hiszpańskiej corridy tutaj na arenie nie występują dwaj główni aktorzy: byk i torreador, lecz dwa specjalnie trenowane zwierzęta, które między sobą prowadza zawziętą walkę. Bycze pojedynki nazywane w miejscowym języku dhirio nie są ciekawostka wymyśloną lecz rozrywką mieszkańców. Wieczorem na specjalnych placach zbierają się mężczyźni ze szklaneczkami likieru feni w dłoniach by obserwować takie zawody. Opuszczam Goa i jadę do Mystore, gdzie mam nadzieje ujrzeć Pałac Maharadży.


Rzeczywiście jest piękny, a nocne oświetlenie jest całkiem inne od wszystkich dotychczasowych jakie dotychczas widziałem w Indiach. To tysiące żarówek zaznaczających krawędzie, załamki, gzymsy, wieżyczki całej budowli i wygląda jak koraliki święcące od środka.
To tysiące żarówek zaznaczających krawędzie, załamki, gzymsy, wieżyczki całej budowli i wygląda jak koraliki święcące od środka. W kolejny dzień jadę autobusem do Kanchipuram i Madras. Są to miasta bardzo zatłoczone gdzie życie toczy się wprost pod gołym niebem. Trivandrum Są pełne kontrastów bogactwa z sąsiadującą biedą. Nikogo to tutaj nie dziwi a ludzie akceptują swój status społeczny i jest to wynikiem rozpowszechnionej religii hinduistycznej i wierzeniami w reinkarnację i prawem karmy. Na ulicznych straganach piętrzą się egzotyczne przyprawy we wszystkich kolorach tęczy. Ostatnim etapem podróży po Indiach jest regionu Kerali gdzie praktycznie w każdym miejscu są jaskrawo zielone palmy oraz seledynowe papugi. W porównaniu z innymi regionami Indii, to Keral jest bajecznie kolorowy, nazywany Krainą Magicznej Zieleni zamieszkały przez Malajów mówiących dialektem malajskim wywodzącym się z tamilskiego. Niewysokie góry okalające Keralę stanowią naturalny mur chroniący ją przed obcymi wpływami, natomiast drogą morską docierali tam przede wszystkim Fenicjanie, którzy szukali orientalnych korzeni i kości słoniowej. Przed 2-wiekami znaleźli tam również schronienie wygnańcy z Palestyny. Wprawili oni Portugalczyków w zdziwienie, którzy dotarli o wiele wieków później i zastali rozwijające się już od dawna chrześcijaństwo. Przebywając do Trivandrum ujrzałem wspaniałe zabytki architektury światowej o bogatej kulturze przeszłości. Wspaniałe nadmorskie plaże zadziwiają swoim wyjątkowo drobnoziarnistym piaskiem i nasycone intensywna zielenią pióropuszy palm kokosowych, które wyrastają z samego piasku. Jednak prawdziwe sanktuarium przyrody ujrzałem dopiero nad sztucznym jeziorem Periyar. Jest to ogromny rezerwat przyrody w którym królują: słonie, bawoły, antylopy, małpy i tygrysy. Jest tam również przepiękna buddyjska Świątynia Shri Mangashi. Inną szczególną osobliwością Kerali jest teatr Katakali, który słynie z bogato zdobionych strojów. W tych nadmorskich plażach mogłem odpocząć po dotychczasowych trudach podróżowania a w kafejkach oferowany jest wielki komfort, znakomita obsługę i niezapomniane noce. Jest to według moich obserwacji po Indiach; najmniejszy i najszczęśliwszy stan w którym dojrzewa kawa, herbata, kakao a dziewczyny mimo młodego wieku są już dawno dojrzałe. Indie są krajem wielu kultur, religii i szalonych kontrastów w zamożności poszczególnych warstw społecznych. Pełne przepychu Pałace Maharadżów, luksusowe rezydencje magnatów finansowych, marmurowe świątynie i grobowce nikną w morzu slumsów najuboższych. Wielu mieszkańców nie ma nawet najprymitywniejszego schronienia i żyje spędzając noce wprost na ulicy. Widząc tutejsze dzielnice uzmysławiam sobie dlaczego krowa mogąca wyżywić kilkanaście osób jest uważana za święte zwierzę.. Innego rodzaju świętością cieszy się słoń. Posiadanie tego zwierzęcia stawia jego właściciela wysoko w hierarchii społeczne. To potężne zwierzę otoczone jest kultem i bez ich udziału nie mogą się odbyć żadne uroczystości zarówno religijne jak i państwowe. Ten kraj powszechnie uważany za kraj biedoty i zacofania, jednak w każdej nawet najmniejszej i najuboższej wiosce bez trudu mogłem znaleźć kilka miejsc z których mogłem uzyskać połączenie z dowolnym miastem świata także skorzystać z internetu gdzie podłączenia do sieci jest w zaniedbanych barakach i rozpadających się budach.. Ganga to w mitologii indyjskiej; bogini, która jako rzeka Ganges wypłynęła z włosów Shiwy aby służyć ludziom i uświęcać zwierzęta. Jest więc miejscem kultowych obrzędów oczyszczania wyznawców braminizmu. Rytuał ten obok ofiary i modlitwy występuje w zdecydowanej większości religii. Szczególna uwaga do oczyszczenia przywiązana jest pokuta, a w chrześcijaństwie również sakramenty. W hinduizmie funkcje oczyszczania spełnia obmycie lub kąpiel w świętych rzekach a Ganges jest jedna z nich. Hinduski ubierają się w tradycyjne Sari, które upina się aż z 9-metrowej jedwabnej tkaniny bez jakichkolwiek sznurów czy agrafek. Sari jest w żywych jasnych kolorach. Coraz częściej spotyka się również , że jest to haftowana koszula, spodnie i chusta.


Noszą też mnóstwo biżuterii i często są nią wręcz obwieszane od stóp do głów. Służy to nie tylko ozdobie a gdy wyruszają w podróż noszą na sobie swój cały majątek. Inną atrakcją Indii jest: kuchnia. Można się posilić w eleganckiej restauracji lub zaryzykować i zamówić jakiś specjał u ulicznego sprzedawcy. W niezliczonych jadłodajniach pod chmurką są aromatyczne potrawy z warzyw, mięsa, owoców i różnego rodzaju orzechów doprawione pikantnymi sosami i przyprawami nie znanymi w Europie. Aby móc korzystać z dobrodziejstw taniej komunikacji, która jest niemiłosiernie zatłoczona to musiałem nauczyć się wskakiwać do autobusu i wyskakiwać z niego w biegu ponieważ hinduscy kierowcy nie mają zwyczaju zatrzymywać się na przystankach ale tylko zwalniają prędkość. Kilka słów chcę powiedzieć o rozkoszach podróżowania koleją gdzie poznałem bardzo dobrze jej tajniki, zwłaszcza że na początku odszyfrowanie mechanizmu sprzedawania biletów była dla mnie istnym horrorem. Jednak po pewnym czasie okazało się to nawet proste i tak np.: III klasa w grupie A była o niebo lepsza od I klasy w grupie F, która porównawszy cenę biletów powinna sugerować najlepszy standard. Takich grup było kilka i dlatego dla bezpieczeństwa wybierałem później II klasę. Ponadto, należało pamiętać o skontrolowaniu numeru pociągu i porównać go z numerem na bilecie. Trzeba wiedzieć, że choć bilet kupuje się wcześniej to i tak dopiero później zostaje się wpisanym na listę oczekujących co jednak nie oznacza, że muszę czekać na zwolnienie się miejsca. W Indiach najpierw szybko sprzedaje się bilety a dopiero później przydziela się numer do siedzenia, który należy odszukać na specjalnej liście wywieszanej gdzieś na terenie dworca na godzinę przed odjazdem a potem sprawdzić dodatkowo na następnej liście przyklejonej już na każdym wagonie. Wydaje się to na początku bardzo skomplikowane ale po pewnym czasie doszedłem do takiego wniosku, że jest to znakomite rozwiązanie dla tego właśnie kraju, szczególnie na dużych stacjach. Jest tylko pewien problem; że ta kolej bardzo wolno jeździ. W Indiach kiedy jest się na targu to trzeba pamiętać o jednym; że hindusi ceny wymyślają w zależności od tego jak wygląda kupujący. Kiedy na początku nie wie się o tym to lepiej nic nie kupować bo można bardzo przepłacić. Najsilniejsza bronią Hindusów i Hindusek są; oczy. Potrafią nimi zahipnotyzować i uwieść niemal każdego turystę. Dla ciekawości podam, że Hinduski uwielbiają miłość francuską i trzeba przyznać że są w tym mistrzyniami. Kobiety w indyjskich wioskach żyją jak przed laty i zawierają aranżowane małżeństwa oraz wykonują większość prac domowych. Krajobraz Indii jest bardzo zróżnicowany; składają się na to słone bagna, nadbrzeżne niziny, pustynie a także pagórkowate wyżyny, tropikalne lasy i pustkowia pokryte śniegiem.

W Nowym Delhi stoi w parku Pomnik Mahatma Ghandiego, który był osobą szczególną dla narodu Indyjskiego i wiele Jemu zawdzięcza. Najświętsza dla hinduistów ze wszystkich rytualnych kąpieli jest ta w świętej rzece Ganges, której konsystencja to zielona maź, w której pływa pełno rozkładających się zwłok osób trędowatych ale to im wcale nie przeszkadza, bowiem duchowość rządzi się swoimi prawami, które nie pokrywają się z prawami rozwoju społecznego i ekonomicznego. W czasie całej mojej podróży po Indiach najważniejsza była woda do picia i najlepiej tylko mineralna w oryginalnie zamkniętej i banderolowane!! butelce by mieć 150% pewności, że nikt wody ponownie nie wlewał. Tak więc z wodą mineralną trzeba żyć w zgodzie zwłaszcza, że w trakcie całej podróży służyła mi do picia jak i do mycia Obraz restauracji to zasmolone, zatłuszczone, niemal czarne pomieszczenia, których nikt nie sprząta, nikt nie odmalowuje, a jeśli zetrze stół, to tylko po to, aby rozmazać kolejną warstwę brudu. Siadając na rozlatujących się ławkach kątem oka trzeba spojrzeć bo dostrzec można zwłaszcza pod sufitem jakiś ruch bowiem rzut oka na krokwie i nagle ukazuje się widok; dziesiątki goniących się szczurów, małe, duże i całkiem spore. Tak prawdę mówiąc, to po pierwszym tygodniu pobytu większości z tych rzeczy, o których teraz piszę już się nie widzi. I to jest chyba jedyna recepta na przetrwanie tutaj. Brud jest dla Hindusów czymś zupełnie normalnym. Brudno jest wszędzie, tak więc trudno nawet im wytłumaczyć, że w brudzie jest coś nienormalnego, cos nienaturalnego. Tu po prostu kosze na śmieci nie istnieją za wyjątkiem paru stacji kolejowych.




W autobusie łupiny po bananach rzuca się prosto przez okno i to nie ma znaczenie czy jest się akurat w mieście na ulicy, czy poza nim. W pociągu wszyscy wyrzucają prosto na podłogę przed siebie a do tego dorzucają resztki jedzenia i gazety, w których było ono owinięte. Po paru minutach cały wagon zawalony jest śmieciami. Osobną historię mają szpitale, gdzie po korytarzach włóczą się psy, operacje przeprowadza się za szarą płachtą, która pełni funkcję parawanu, rany zszywa się na okrętkę natomiast rany rąk wypełnione tłuczonym szkłem i asfaltem pakuje się w gips. Wszędzie cuchnie zaropiałymi szmatami, a na zewnątrz moczem”. Ulice miast nawet tych bardzo dużych są ciemne, brudne, zapełnione odpadkami, płyną nimi ścieki, zwierzęce odchody, gdzie w każdej chwili może wybuchnąć zaraza, a ludzie ubrani są w szmaty, często przybrudzone, nie znające igły (nawet bajeczne sari nie potrzebuje przecież szycia!). Po ulicach ponad 2 mln miasta chodzą stada zwierząt, wszędzie tylko nędza, brud i zacofanie. Brudni wydaja się być sami hindusi. Brudne nogi, brudne ręce, nie doprane ubrania i ta niesmacznie wyglądająca czerwona maź, którą ciągle przeżuwają i spluwając nią dookoła na lewo i prawo. Nie wiem skąd się cały czas utrzy muje u nich zwyczaj jedzenia rękami a dokładniej prawą ręką, bo lewa jest nieczysta od zdejmowania butów i podcierania tyłka a załatwiają się oczywiście wszędzie, gdzie popadnie. W całych Indiach mocz oddaje się pod ścianą najczęściej zewnętrzną bo wewnętrzne ozdobione są czerwonymi strugami pluwocin po niewiadomego pochodzenia napojach. Na temat kobiecej higieny mogę powiedzieć, że hinduski w większości nie noszą majtek a jak już przypadkowo je mają to ich nie zmieniają tylko wyrzucają bo o praniu nie ma mowy. Ludzie mieszkają w rozwalających się zadaszeniach wykonanych z palików przykrytych dziurawą płachtą a cały sprzęt to łóżko i garnek. W wąskich uliczkach Varanasi przeciskam się obok sikających tak mężczyzn. W Delhi na Main Bazar, u wejścia do uliczki prowadzącej do hoteliku gdzie mieszkałem, dzień w dzień mijałem stojących w lekkim rozkroku mężczyzn i załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne. Równie łatwo i równie często widzi się przykucnięte postacie we wiadomym celu. W Varanasi zaskoczony moim widokiem pewien biedak tak szybko zaczyna zakładać spodnie, że chyba cała zawartość zamiast na ziemie wpada mu za nogawki. W Khajuraho widziałem dziewczyny wybiegające ze szkoły w czasie przerwy za róg budynku na drogę, której pobocze robi chyba za miejscowa toaletę a za zakrętem nadziewam się na rząd medytujących przy ziemi kobiet. Te na szczęście nie mają spodni tylko spódnice, więc łatwiej im zwinąć interes. Na to wszystko nakłada się ogłuszający dźwięk klaksonów i ogłupiający jazgot muzyki, która gra na pełny regulator. Obraz nędzy i rozpaczy dopełniają wałęsający się wszędzie kalecy a zaczyna się od tych z poobcinanymi palcami, rękami, nogami. Do tego dołączają ci z koszmarnie i niewyobrażalnie powykręcanymi nogami i rękami, jeżdżący na deskach z doczepionymi kółkami. Gdzieniegdzie np. w świątyniach w Madurai czy na ulicach w Delhi widać ledwie ruszające się cienie ludzi po prostu szkielet owinięty skorą i nic więcej. Jak wyjęci z najkoszmarniejszych horrorów prezentują się kalecy z olbrzymimi naroślami, wrzodami, czyrakami. Kiedy byłem w Kanchipuram to przy wejściu do świątyni leżał gość z tak potwornie przerośniętą nogą, która była większa od jego tułowia a w Verkali po dworcu snuł się jeden wielki owrzodzony korpus i nie miał chyba nawet centymetra kwadratowego ciała, który nie byłoby porośnięte tymi jakimiś dziwnymi wrzodami i czyrakami. Do krajobrazu brudu dołączają się również budynki. Są obskurne, odrapane i rozpadające się. Niezrozumiale dla mnie jest, że taki jest również stan wielu ich zabytków czego przykładem niech będą: Red Fort w Delhi, mizernie wyglądające świątynie w Kanchipuram i Mamallapuram, zapadające się schodu - Ghaty w Varanasi. Na tym tle czyste forty w Jaisalmer, Jodhur i Udaipur jawią się rzeczywiście jak z krainy baśni. Sam fakt, że jest się białym oznacza, że należy z ciebie zedrzeć tak dużo jak się da. Biedni zachodni turysta wychowany w kulturze poszanowania dla drugiego człowieka odpowiadają grzecznie na wszystko: hello, what’s your name? What country do you come from?. Po jakimś czasie zdaję sobie sprawę, że tu nikomu nie chodzi o człowieka tylko o jego pieniądze. Nie da się przejść spokojnie przez ulice, wszyscy chcą mnie zaciągnąć do swoich sklepów. Potrafią być przy tym całkiem agresywni, ale też stosują metody pokojowe jak np. och, jak z mojego sklepu jest piękny widok na świątynie, tylko wejdź, to nic nie kosztuje. Tylko, że potem już nie tak łatwo jest wyjść. Kręcący się naciągacze udają, że chcą ci pomóc, że wytłumaczą ci, jak dotrzeć do jakiegoś tam przez ciebie wybranego miejsca, ale musisz pamiętać, że tak naprawdę, to zaraz zaprowadzą cię do jakiegoś sklepu. Osobną historią są rikszarze i taksówkarze. Najpodlejsza nacja na świecie. Sposobów na wyciągnięcie pieniędzy z turysty mają mnóstwo. Już na wstępie proponują 3 lub 4 krotnie wyższe stawki a czasami i więcej by po chwili nagle potrafią się zgodzić na jakąś tajemniczo niską cenę i na dodatek wiozą ciebie nie tam, gdzie chcesz, ale do jakieś sklepu, żebyś coś kupił. Podobnie jest kiedy chcesz jechać do hotelu gdzie masz rezerwację a oni wiozą ciebie gdzie oni chcą, a nie gdzie się ich prosiło bo dostają prowizje od właścicieli. Jeżeli zdarzy się już taksówka z taksometrem, to próbuje zagadać jak tylko może by zawieźć jak najdłuższą trasą. Uwielbiają też nagle zmieniać warunki umowy. Przy wsiadaniu obiecują, że zawiozą za tyle, a potem z niewinną miną mówią, że był korek i zabrało to więcej czasu. Jeśli chodzi o targowanie w skle- pach, to są wprost genialni. Człowiek się na targuje i jest taki z siebie dumny, że już taką cenę osiągnął a potem idzie do sklepu rządowego i chwyta się za głowę, że tak przepłacił. Hindusi potrafią robić pieniądze nawet na religii. Fałszywi bramini zmuszają ciebie do odprawiania modłów i żądają opłaty a każde błogosławieństwo oznacza wyciągnięcie z ciebie pieniędzy nawet, jeżeli zarzekają się, że to za darmo. Jeśli odmówisz to strasznie się złoszczą i krzyczą, żebyś natychmiast opuścił święte miejsce, bo brukasz je swoją obecnością. Inna kategoria naciągaczy to pseudo przewodnicy. Chcesz czy nie chcesz uparcie sterczą przy tobie opowiadając ci o zabytku. Kiedy im mówisz, że masz ich dosyć to wówczas twierdzą, że nie chcą za to pieniędzy. Jednak przy kiedy poprosisz o wskazanie drogi to musisz mu zapłacić bo w przeciwnym wypadku można mieć kłopoty z powrotem. Na szczęście nie potwierdziły się moje obawy o bezpieczeństwo, bowiem religia hinduistyczna, gdzie występuje również święta trójca Brahma, Vishnu i Shiwa, zabrania bycia złym i krzywdzenia innych i dlatego choć bardzo często zapuszczałem się w nieprawdopodobnie groźnie wyglądające zaułki nie spotkałem się ze złym przejawem agresji. Często spotykałem się z zakazem wchodzenia innowierców do świątyń bo podobno ma to uzasadnienie w konflikcie z muzułmanami, ale są to tylko zdania braminów. Mnie się jednak zawsze udawało wejść do świątyń i podziwiać ich wnętrza. Hindusi pomimo wszystko są uśmiechniętym narodem, którzy bardzo często pozdrawiają słowem namastee, niezależnie od wieku i płci. Opuszczając Indie, czułem że pobyt w tym kraju nauczył mnie patrzeć na wiele spraw pod całkiem innym kątem zwłaszcza jeśli to dotyczy wartości życia codziennego. To nie Europa, ale całkiem odległe czasy, w których żyją ludzie i chyba są szczęśliwi na swój sposób. Dlatego warto pojechać do Indii. Jeszcze chciałbym kilka słów poświęcić religii Bahai, o której tak naprawdę dopiero tutaj w Indiach mogłem się wiele dowiedzieć. Jest to religia, która równouprawnia wszystkie wyznania i rasy, sprawiedliwość i pokój. Bahai nie posiada kleru, neguje zasadność celibatu i ascezy. Chrzest nie jest im znany, a dziecko rodziców będących Bahai jest wychowywane zgodnie z zasadami ich wiary, lecz dopiero w wieku 15-lat dokonuje swobodnego wyboru religii. Albo obiera własną drogę albo idzie w ślady rodziców. Jeżeli wybierze drugą możliwość to przyjęcie do grona Bahaitów przebiega bez większych ceremonii. Również wystąpienie jest możliwe i akceptowane jako wyraz wolnej woli każdego człowieka. Bahai nie znają obowiązkowych modlitw, jakkolwiek każdemu wyznawcy, który ukończył 15-lat zalecane jest odmawianie jednej modlitwy dziennie. Między 2 a 20 marca każdego roku Bahaici poszczą od wschodu do zachodu słońca. Ich kalendarz ma 19-miesięcy, z których każdy liczy 19-dni. Co 19-dni zbierają się na omówienie wspólnych spraw. 21 kwietnia w rocznicę pierwszego wystąpienia Persa Baha’u’llaha wybierana jest Rada złożona zawsze z 19-osób, a każda radę ma każde większe skupisko Bahai. swoją Radę. Istnieją też Rady reprezentujące poszczególne kraje i wreszcie Rada Światowa zwana Powszechnym Domem Sprawiedliwości. Niezależnie od kraju w którym żyją Bahai są zawsze lojalni wobec władz i przekonani że musi nadejść czas kiedy utworzona zostanie Rada Ogólnoświatowa wyposażona we władzę i środki dające jej możliwość mądrych rządów i zapobiegania nieszczęściom oraz przeciw działania wszystkim tym, którzy pragną złego. Dla Bahai próżniactwo to wielki grzech, natomiast praca niezależnie od swego rodzaju jeżeli jest wykonywana w służbie dla innych to uważana jest za formę modlitwy. Nie ma sprzeczności pomiędzy nauką a religią, bowiem opiera się ona na dogmatach religijnych. Bahaici nie próbują nawet opisywać Boga, bowiem przekonani są o nieprzystawalności wszelkich pojęć do jakich użycia są zdolni ludzie. Niebo czy Piekło nie są dla nich miejscem przebywania lecz stanem ducha, a Bóg zaś nie mieszka w niebiosach lecz w sercu każdego z nas. Bahaici mają wielki szacunek do tradycji, lecz są jednak zdania że nie należy ślepo jej ulegać. Należy być czujnym i nie rezygnować z własnego rozsądku zachowując co dobre. Nadmierny konserwatyzm i dogmaty utrudniają właściwie każdemu człowiekowi poszukiwanie Prawdy a tym samym dążenie do Boga, a doskonaląc samego siebie zbliża się do Boga. Do tej pory wszystkie religie głosiły bezwzględność swoich prawd, ich ostateczność i niepodważalność. Bahai nie odmawia autentyczności objawienie żadnego z wielkich proroków, uważa jednak ich prawdy za względne, dostosowane do danego czasu i miejsca zgodnie z wyznawaną zasadą ewolucji religii. Według Bahai, religia musi spajać ludzkość w świadomości wspólnych losów i przyczyniać się do pełnej harmonii. Jeżeli religia ma dzielić ludzi to lepiej żeby jej nie było.





















Copyright © 2007-2019 Zygmunt